
Policjant wsunął dłoń do obu kieszeni w poczuciu winy, że oto okrada zmarłego. Kluczyka nie było. Podszedł do sekretarzyka i chwycił klapę. Otworzyła się lekko. Dalgliesh pochylił się, aby obejrzeć zamek, następnie przyniósł z samochodu latarkę i znów zaczął się przyglądać. Nie miał żadnych wątpliwości: zamek wyważono. Dokonano tego fachowo i bez większego wysiłku. Zamknięcie było ozdobne, ale niezbyt solidne, zainstalowano je po to, by uchronić zawartość sekretarzyka przed wścibskim wzrokiem, lecz nie przed fachowym włamaniem. Dłuto albo nóż, a prawdopodobnie ostrze nożyka do listów wsunięto pod blat i użyto do wyważenia. Ślady były zdumiewająco nieznaczne, ale zadrapania i wyłamany zamek nie pozostawiały cienia wątpliwości.
Kto był sprawcą włamania? Mógł nim być sam ojciec Baddeley. Jeśli zgubił kluczyk, a nie posiadał zapasowego, gdzie w tej zapadłej dziurze miał szukać ślusarza? Wprawdzie, o ile Dalgliesh dobrze pamiętał księdza, atak na blat sekretarzyka nie należał do rozwiązań typowych dla tego człowieka, jednakże nie można było tego wykluczyć. Możliwe, iż otworzono go po śmierci ojca Baddeleya. Jeśli nie udało się znaleźć kluczyka, ktoś z Folwarku Toynton musiał wyważyć zamek. Być może znajdowały się tam dokumenty lub potrzebne papiery; legitymacja ubezpieczeniowa; nazwiska przyjaciół, których należało powiadomić; testament. Dalgliesh uwolnił się od podejrzeń, zirytowany, ponieważ miał już ochotę założyć rękawiczki, zanim zacznie szukać dalej. Szybko przejrzał zawartość szuflad sekretarzyka.
Nie znalazł niczego ciekawego. Ojciec Baddeley chyba tylko w nieznacznym stopniu interesował się światem. Uwagę Dalgliesha przykuła porządnie ułożona sterta dziecięcych zeszytów w jasno-zielonych okładkach. Natychmiast rozpoznał dzienniki ojca Baddeleya. Zatem wciąż sprzedawano te same występujące wszędzie uczniowskie zeszyty. Na tylnej okładce wydrukowano tabliczkę mnożenia. Tak jak poplamiona atramentem linijka czy gumka kojarzyły się one detektywowi ze szkołą podstawową.
