Nie myślał o tym zbyt często w chwilach przytomności; nie miał czasu. Było to raczej przekonanie niż decyzja. Nadeszła pora, by wstąpić na inną drogę. Wyroki sądowe, stężenie pośmiertne, przesłuchania, analiza rozkładającego się ciała i strzaskanych kości, krwawy pościg za człowiekiem – miał tego serdecznie dość. Można przecież inaczej wykorzystywać czas. Jeszcze nie wiedział jak, ale się dowie. Miał przed sobą ponad dwa tygodnie rekonwalescencji, wystarczająco dużo, by podjąć odpowiednią decyzję, zracjonalizować ją, umotywować przed samym sobą i co trudniejsze, znaleźć słowa, którymi będzie musiał próbować usprawiedliwić ją przed komisarzem. Był to bowiem fatalny moment na opuszczenie Scotland Yardu. Jego odejście zostanie uznane za dezercję. Trudno, każda chwila jest fatalna.

Nie był pewien, czy to rozczarowanie pracą spowodowała jedynie choroba, zbawienne przypomnienie sobie o nieuchronności śmierci, czy też w grę wchodził raczej objaw dolegliwości charakterystycznych dla wieku średniego, gdzie rządzą na zmianę pasy ciszy i niepewnych wiatrów, gdyż człowiek nabiera w końcu pewności, że już nie zrealizuje wciąż odraczanych marzeń i nigdy w gruncie rzeczy nie zawinie do nie znanych portów, a podróż ta, podobnie jak poprzednie, może być jedynie błędem i niepodobna już nawet ufać mapom i kompasowi. Lecz nie tylko praca wydawała mu się obecnie banalna i nie satysfakcjonująca. Leżąc bezsennie, podobnie jak tylu pacjentów przed nim w tym ponurym, bezosobowym pokoju, i patrząc, jak przez sufit przemykają światła przejeżdżających samochodów, oraz słuchając tajemniczych przytłumionych dźwięków nocnego życia szpitala, sporządzał przygnębiający bilans swego życia. Smutek po śmierci żony, tak szczery i bolesny wówczas – jakże łatwo ta tragedia osobista uwolniła go od dalszych uczuciowych związków. Jego romanse, jak ten, który pochłaniał mu niekiedy trochę czasu i odrobinę energii, były luźne, miłe, sympatyczne, nie zobowiązujące.



4 из 305