
Wychodzono z założenia, że choć nie zawsze jest panem swego czasu, to z pewnością jest niepodzielnym właścicielem swego serca. Jego kobiety były wyzwolone. Wykonywały ciekawe zawody, ładnie mieszkały, doskonale potrafiły wykorzystać każdą okazję. Z pewnością obce im były gwałtowne, niszczące emocje, które komplikowały życie innych kobiet. Zastanawiał się, co te starannie organizowane spotkania, podczas których oboje uczestnicy szukali przyjemności jak ulizane koty, miały wspólnego z miłością, rozgardiaszem w sypialni, nie pozmywanymi naczyniami, pieluchami niemowląt, ciepłym, bliskim, zamkniętym życiem małżeńskiego związku. Jego żałoba, praca, poezja – wszystko to wykorzystywał, by uzasadnić własną samowystarczalność. Teraz kobiety były wrażliwsze na wymogi jego poezji niż na lojalność względem zmarłej żony kochanka. Nie kierowały się sentymentami, natomiast przesadnie ceniły sztukę. Najgorsze zaś – a może i nie – było to, iż nie potrafił obecnie się zmienić, nawet gdyby chciał, i że nic już nie miało znaczenia. Wszystko wydawało się absolutnie nieważne. Podczas ostatnich piętnastu lat żadnej istocie ludzkiej nie wyrządził celowo krzywdy. Teraz zrozumiał, że nie można powiedzieć o człowieku nic gorszego.
Cóż, jeśli nie jest w stanie tego zmienić, może przynajmniej poszukać innej pracy. Najpierw jednak musi wypełnić pewne zobowiązania. Miał niezbyt rozsądną nadzieję, iż śmierć uwolni go od tego obowiązku. Tak wszakże się nie stało. Oparty na łokciu wyciągnął z szuflady szafki list ojca Baddeleya. Po raz pierwszy przeczytał go uważnie. Staruszek musi już mieć osiemdziesiątkę; nie był młody nawet wówczas, gdy przed trzydziestu laty przyjechał do wioski w Norfolk, gdzie podjął pracę jako wikary u ojca Dalgliesha. Nieśmiały, niezdarny, okropnie chaotyczny człowiek, któremu mieszało się wszystko z wyjątkiem spraw najważniejszych, zawsze szlachetny i wymagający względem siebie. Był to trzeci list, jaki Dalgliesh od niego otrzymał. Nosił datę jedenastego września: