
HM… JAKIEŚ DZIEWIĘĆ SEKUND.
Ipslore wyprostował się na swą wciąż robiącą wrażenie wysokość i wyciągnął do dziecka błyszczącą laskę. Podobna do różowego kraba rączka wysunęła się spod kocyka i chwyciła czarny metal.
— Niech zatem będę pierwszym i ostatnim magiem w historii tego świata, który przekazuje laskę swemu ósmemu synowi — oznajmił powoli, głuchym głosem. — I żądam od niego, by wykorzystał ją…
NA TWOIM MIEJSCU BYM SIĘ POSPIESZYŁ…
— …w pełni — mówił dalej Ipslore. — I stał się najpotężniejszym…
Błyskawica strzeliła z sykiem z samego serca chmury, trafiła Ipslore^ w czubek kapelusza, trzeszcząc spłynęła po ręku, zajaśniała na lasce i uderzyła dziecko.
Mag zniknął w smudze dymu. Laska rozjarzyła się zielenią, potem bielą, a w końcu zwykłym czerwonym żarem. Dziecko uśmiechnęło się przez sen.
Kiedy ucichł grom, Śmierć pochylił się i ostrożnie podniósł chłopca. Ten otworzył oczy.
Lśniły złociście, od wewnątrz. Po raz pierwszy w tym, co z braku lepszego określenia musimy nazwać życiem, Śmierć napotkał spojrzenie, które trudno mu było wytrzymać. Te oczy zdawały się ogniskować na punkcie położonym kilka cali w głębi jego czaszki.
Nie planowałem czegoś takiego, zabrzmiał z powietrza głos Ipslore. Czy coś mu się stało?
NIE. Śmierć oderwał wzrok od niewinnego, mądrego uśmiechu. PRZYJĄŁ W SIEBIE TĘ MOC. JEST CZARODZICIELEM:
BEZ WĄTPIENIA PRZEŻYJE O WIELE GORSZE RZECZY. A TE-R\Z… TERAZ PÓJDZIESZ ZE MNĄ.
Nie.
TAK. ROZUMIESZ, JESTEŚ MARTWY. Śmierć rozejrzał się za chwiejnym cieniem Ipslore’a. Nie znalazł go. GDZIE JESTEŚ?
W lasce.
Śmierć oparł się na kosie i westchnął.
NIEMĄDRE. JAKŻE ŁATWO MÓGŁBYM CIĘ STAMTĄD WYRWAĆ.
Nie, chyba ze zniszczysz laskę, odparł głos Ipslore’a. Śmierci wydało się, że brzmi w nim jakiś nowy, wyraźnie tryumfujący ton. Teraz, kiedy dziecko przyjęto laskę, nie możesz jej zniszczyć, nie niszcząc przy tym i jego. A tego zrobić ci nie wolno, gdyż wtedy zmieniłbyś przeznaczenie. To mój ostatni czar. Mam wrażenie, ze dość sprytny.
