
Potrząsał grzywą tak długo, aż opary własnej paraliżującej trucizny stworzyły bladą poświatę wokół jego głowy. Połknął toksynę, po czym z rykiem wypuścił ją przez skrzela.
– Bo teraz nadeszła pora! – powiedział uparcie.
Pospiesznie oddalił się od pozostałych, wystrzelił na powierzchnię, wznosząc się precyzyjniej i szybciej niż wodne pęcherzyki. Wysoko ponad kłębowiskiem przebił górną granicę i wyskoczył na krótko w wielki Kraj Niedostatku, po czym ponownie zanurkował. Szaleńczo pływał wokół swoich towarzyszy, w milczeniu zataczając szybkie kręgi.
– Niektóre wężowiska już odpłynęły – oświadczyła Shreever w zadumie. – Nie wszystkie, nawet nie większość, lecz wystarczająco wiele, byśmy dostrzegli ich brak, kiedy podnieśliśmy się w Kraj Niedostatku, by zaśpiewać. Może rzeczywiście nadeszła pora.
Sessurea umościł się wygodniej w błocie.
– A może wcale nie nadeszła – zauważył leniwie. – Sądzę, że powinniśmy poczekać, aż wyruszy wężowisko Aubrena. Aubren jest… bardziej wiarygodny od Maulkina.
Leżąca obok niego Shreever dźwignęła się nagle z błota. Połyskujący szkarłat jej nowej skóry wyglądał niesamowicie. Kasztanowate strzępy ciągle jeszcze zwisały z jej ciała. Oderwała wielki płat, przełknęła go i dopiero wtedy się odezwała.
– Skoro nie ufasz słowom Maulkina, może powinieneś się przyłączyć do Aubrena. Ja, w każdym razie, podążam na północ za naszym przywódcą. Lepiej wyruszyć zbyt szybko niż za późno. Może warto wybrać się w drogę wcześniej zamiast płynąć wraz z dziesiątkami innych wężowisk, tocząc z nimi walkę o pożywienie. – Poruszyła się wdzięcznie, układając swe ciało w węzeł i ścierając ostatnie fragmenty starej skóry. Potrząsnęła grzywą, potem odrzuciła głowę w tył. Jej przeraźliwy ryk wzburzył wodę. – Idę, Maulkinie! Podążę za tobą! – Podniosła się i przyłączyła do przywódcy, który nadal krążył w górze w wężowym tańcu.
