
Berandol zaczerpnął powietrza, jak gdyby chciał coś powiedzieć, potem jeszcze raz się zastanowił i, ciągle zadumany, wreszcie oświadczył:
– Wintrowie, minęły dwa lata od twoich ostatnich odwiedzin w domu rodzinnym. Dwa lata, odkąd po raz ostatni opuściłeś klasztor i spędziłeś nieco czasu z ludźmi pracy. Podczas tej wizyty patrz uważnie i przysłuchuj się, a po powrocie powiesz mi, czy twoje poglądy się nie zmieniły. Proszę, abyś dobrze sobie zapamiętał własne słowa i wiedz, że ja ich nie zapomnę.
– Dobrze, Berandolu – obiecał szczerze młodzieniec. – Będę za tobą tęsknił.
– Prawdopodobnie tak, ale na to przyjdzie czas za kilka dni, ponieważ zamierzam ci towarzyszyć w spacerze do portu. Chodź, musisz się przecież spakować.
* * *
Na długo zanim Kennit dotarł do końca plaży, był świadom, że Inny mu się przypatruje. Spodziewał się spotkania, a równocześnie czuł się zaintrygowany, ponieważ często słyszał, że te stworzenia świtu i mroku rzadko wychodzą ze swych kryjówek w ciągu dnia, gdy słońce stoi wysoko na niebie. Przeciętny człowiek mógłby się nawet ich bać, ale przeciętni ludzie nie mieli szczęścia pirackiego kapitana. Ani nie władali tak dobrze szablą jak on. Chodził powoli po plaży, przez cały czas gromadząc łupy. Udawał, że nie zdaje sobie sprawy z obecności obserwującego go stworzenia, był jednak absolutnie pewny, że Inny wie o jego podstępie. Nazwał w myślach to oszustwo “grą wewnątrz gry” i uśmiechnął się do siebie tajemniczo.
Poczuł ogromną irytację, kiedy w kilka chwil później Gankis podszedł do niego ciężkim krokiem i wysapał nowinę. Inny stał na górze i przyglądał się kapitanowi.
– Wiem – odparł Kennit ostrym tonem. W chwilę później odzyskał kontrolę nad głosem i miną, po czym uprzejmie wyjaśnił: – A on wie, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Zatem proponuję ci go zignorować, tak jak ja to robię. Idź dokończyć poszukiwania na skarpie. Znalazłeś jeszcze coś godnego uwagi?
