
Jeszcze raz zastanowił się, ile zostało czasu. Gdyby był człowiekiem rozważnym, przerwałby w tym momencie poszukiwania na plaży, odważnie stawił czoło Innemu, a potem pospieszył na statek. Człowiek rozważny nigdy nie ufałby swemu szczęściu. Jednak Kennit już dawno temu doszedł do wniosku, że aby utrzymać szczęście, należy mu ufać. Było to jego osobiste przekonanie, sam je odkrył i nie widział powodu, aby się nim dzielić z kimś innym. Nigdy nie osiągnął żadnego poważniejszego triumfu bez ryzyka i wiary we własne szczęście. Jeśli któregoś dnia stanie się rozważny i ostrożny, wtedy jego szczęście obrazi się i go opuści.
Ta zagmatwana logika zadowalała pirata. Bez pośpiechu przeszukiwał brzeg. Kiedy zbliżył się do zębatych skał, które znaczyły koniec półksiężycowej plaży, wszystkimi zmysłami wyczuwał obecność przedstawiciela Innego Ludu. Jego zapach początkowo wydawał się nęcąco słodki, potem wraz ze zmianą wiatru stał się nagle mocniejszy: zepsuty i zjełczały. Był tak silny, że Kennit poczuł go głęboko w gardle i nieomal się Zakrztusił. Zresztą przeszkadzał mu nie tylko zapach bestii; wręcz czuł na skórze jej obecność. Poza tym, Inny poruszał się hałaśliwie i głośno sapał. Kennit bał się, że popękają mu bębenki; czuł też osobliwy nacisk na gałki oczne i na skórę szyi. Niby się nie pocił, a jednak jego oblicze było tłuste, jak gdyby wiatr przyniósł ze skóry stwora jakąś substancję i rzucił młodemu piratowi w twarz. Ogólnie rzecz biorąc, Kennit walczył z niesmakiem, który wręcz graniczył z mdłościami, wiedział wszak, że nie może sobie pozwolić na okazanie słabości.
Stanął więc tylko wyprostowany i dyskretnie wygładził kamizelkę. Wiatr poruszał piórami na kapeluszu i błyszczącymi czarnymi lokami Kennita. Piracki kapitan był osobnikiem postawnym, jego wygląd robił duże wrażenie zarówno na kobietach, jak i na mężczyznach, co mu bardzo pochlebiało.
