
Wśród drzew, które chroniły przed wiejącym na plaży wiatrem, dzień był cichy i złocisty. Panowało tu ciepło, przez korony drzew docierały ukośne promienie słońca, pachniała leśna ziemia. Dzień był ponętnie senny. Kennit zauważył, że zwalnia kroku i rozkoszuje się spokojem tego złotego miejsca. Wcześniej, kiedy gałęzie ociekały wilgocią po nocnej burzy, las nie wyglądał zachęcająco; było to tylko mokre, niemiłe miejsce, porośnięte jeżynami i pełne uderzających w twarz gałęzi. Teraz kapitan uświadomił sobie, że znajduje się w prawdziwie cudownym miejscu. Miał absolutną pewność, że las kryje skarby i sekrety tak samo niezwykłe, jak te, które ofiarowywała Plaża Skarbów.
Powoli przestawał odczuwać potrzebę nagłego powrotu na statek. Ciągle trzymał się środka kamienistej ścieżki, lecz zapragnął wyprawić się na poszukiwania w głąb wyspy. Wierzył, że otworzyłyby się przed nim przepełnione cudami kryjówki jasnowidzącego Innego, miejsca, w których człowiek mógłby przeżyć sto lat w jedną wspaniałą noc. Wkrótce Kennit poznałby i opanował ten światek. Chwilowo wystarczało mu wszak, że stoi nieruchomo i oddycha złotym powietrzem tego miejsca. Nic nie zakłócało jego przyjemności. Nic, z wyjątkiem Gankisa. Starzec nie przestawał ostrzegać przed odpływem i bełkotać o “Marietcie”. Im bardziej Kennit go ignorował, tym głośniej wykrzykiwał kolejne pytania.
– Dlaczego się tu zatrzymaliśmy, kapitanie? – Panie?
– Czy czujesz się dobrze, panie?
Młody pirat machał na niego ręką, ale na starym marynarzu nic nie robiło wrażenia. Kennit popatrzył wokół siebie, rozmyślając, jak się pozbyć Gankisa. Gdyby wyznaczył mu zadanie, wysyłając go gdzieś… tego wrzaskliwego, śmierdzącego mężczyznę… Kiedy szukał po omacku w kieszeniach, ręka napotkała medalion i łańcuszek. Wyjmując je, uśmiechnął się chytrze.
