O niebezpieczeństwach zagrażających osobom odwiedzającym tę wyspę krążyły już legendy. Nie chodziło jedynie o “wrogie nastawienie” najlepszego kotwicowiska na wyspie, ani o niesamowite wypadki, które przytrafiały się tu statkom i ich pasażerom. Całą wyspę chroniła osobliwa magia Innego Ludu. Kennit poczuł jej działanie natychmiast, gdy wraz z Gankisem ruszyli ścieżką, prowadzącą z Zatoki Fałszywej na Plażę Skarbów. Jak na tak rzadko używaną trasę, czarny żużel był cudownie oczyszczony z opadłych liści i wszędobylskiego zielska. Na rosnące wokół idących, obciążone kryształowymi kropelkami liście paproci, z drzew kapał spóźniony deszcz, pozostały po zeszłonocnej burzy. Powietrze było chłodne i rześkie. Jaskrawobarwne kwiaty, wszystkie przynajmniej dorównujące wysokością człowiekowi, płonęły na tle półmroku zacienionego leśnego poszycia. Ponętne zapachy tych kwiatów unosiły się w porannym powietrzu, nakłaniając ludzi do porzucenia własnych poszukiwań i penetracji ich świata. Zdecydowanie mniej przyjazne wydawały się połyskujące pomarańczowe grzyby, które porastały pnie wielu drzew. Ich szokujący odcień przywodził Kennitowi na myśl pasożytniczy głód. Ścieżkę przecinała – podobnie jak paprocie obwieszona delikatnymi kropelkami – pajęcza sieć, zmuszając wędrowców do pochylenia pleców. Pająk, który siedział na brzegu splotu, był równie intensywnie pomarańczowy jak grzyby i prawie tak duży jak dziecięca pięść. W pajęczynie tkwiła uwięziona zielona rzekotka, szarpiąc się z lepkimi pasmami, pająk wszakże nie okazywał śladu zainteresowania. Przerażony Gankis cicho jęknął, przycupnąwszy, by przejść pod siecią.



4 из 391