Niestety kapitan Haven postanowił sam sobie wybrać pierwszego oficera i nie został nim on, Brashen Treli. Nie było w tym jego winy, o czym wiedział każdy członek załogi na statku i każdy człowiek w Mieście Wolnego Handlu. Brashen nie miał się czego wstydzić; Kyle po prostu chciał mieć na stanowisku zastępcy własnego człowieka. Brashen przemyślał tę sprawę i doszedł do wniosku, że woli służyć jako drugi oficer na “Vivacii” niż jako pierwszy na innym statku. To była jego decyzja i ponosił za nią całkowitą odpowiedzialność. Na nieszczęście, gdy statek wypłynął z doków, Haven postanowił wprowadzić zaufanego marynarza również na stanowisko drugiego oficera. Brashen zacisnął zęby i pozostał posłuszny decyzji kapitana. Jednak mimo wielu lat spędzonych na “Vivacii” i mimo wdzięczności wobec Ephrona Vestrita, podejrzewał, że będzie to jego ostatni rejs na tym statku.

Kapitan Haven nieraz dawał mu do zrozumienia, że nie cieszy się z pozostania Brashena i że nie ceni go jako członka swojej załogi. Podczas ostatniego etapu podróży nic, co Brashen robił, nie zadowalało dowódcy. Jeśli młody marynarz dostrzegał jakieś zadanie i wyznaczał człowieka, by je wykonał, Haven twierdził, że Brashen przekracza swoje kompetencje. Jeśli wypełniał tylko ściśle przydzielone mu obowiązki, słyszał, że jest leniwym głupkiem. Z każdym upływającym dniem zbliżało się Miasto Wolnego Handlu, a Haven stawał się coraz bardziej irytujący. Młody marynarz wiedział, że jeśli po zacumowaniu w macierzystym porcie Vestrit nie wróci na stanowisko kapitana, on opuści pokład “Vivacii” raz na zawsze. Myśląc o tym, przeżywał katusze, ale przypominał sobie, że istnieją przecież inne żaglowce, wiele bardzo pięknych, i że cieszył się teraz reputacją całkiem dobrego żeglarza. Zupełnie inaczej było, gdy zaczynał pływać i musiał przyjmować pierwszą lepszą posadę na byle jakim statku. Zresztą pierwszy rejs okazał się nie lada wyzwaniem i młodziutki wówczas majtek miał szczęście, że w ogóle go przeżył. Wówczas zaczęły się senne koszmary.



42 из 391