
Kapitan Haven nieraz dawał mu do zrozumienia, że nie cieszy się z pozostania Brashena i że nie ceni go jako członka swojej załogi. Podczas ostatniego etapu podróży nic, co Brashen robił, nie zadowalało dowódcy. Jeśli młody marynarz dostrzegał jakieś zadanie i wyznaczał człowieka, by je wykonał, Haven twierdził, że Brashen przekracza swoje kompetencje. Jeśli wypełniał tylko ściśle przydzielone mu obowiązki, słyszał, że jest leniwym głupkiem. Z każdym upływającym dniem zbliżało się Miasto Wolnego Handlu, a Haven stawał się coraz bardziej irytujący. Młody marynarz wiedział, że jeśli po zacumowaniu w macierzystym porcie Vestrit nie wróci na stanowisko kapitana, on opuści pokład “Vivacii” raz na zawsze. Myśląc o tym, przeżywał katusze, ale przypominał sobie, że istnieją przecież inne żaglowce, wiele bardzo pięknych, i że cieszył się teraz reputacją całkiem dobrego żeglarza. Zupełnie inaczej było, gdy zaczynał pływać i musiał przyjmować pierwszą lepszą posadę na byle jakim statku. Zresztą pierwszy rejs okazał się nie lada wyzwaniem i młodziutki wówczas majtek miał szczęście, że w ogóle go przeżył. Wówczas zaczęły się senne koszmary.
