
Zamknął oczy, po chwili jednak znowu je otworzył i wpatrzył w półmrok dziobówki. Czuł, jak kusi go senny koszmar, jak się czai, by znowu zawładnąć jego umysłem i ciałem. Zaklął cicho pod nosem. Wiedział, że musi się przespać, jeśli jednak jego myśli zaprzątnie sen o wężu, nie wypocznie odpowiednio.
Koszmar ten śnił mu się już od jakiegoś czasu i Brashenowi wydawał się niemal bardziej rzeczywisty niż niektóre wspomnienia. Dręczył go w najdziwniejszych chwilach, zwykle wtedy, gdy zamierzał podjąć jakąś ważną decyzję. W takich sytuacjach wąż wyłaniał się z czeluści jego snu, wbijał się długimi zębami w jego duszę i próbował nim zawładnąć. Niewiele znaczył fakt, że Brashen był już człowiekiem dorosłym, świetnym marynarzem, lepszym niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent znanych mu ludzi morza. Kiedy ten sen spadał na niego, mężczyzna cofał się do czasów, gdy był chłopcem, do okresu, gdy wszyscy – nawet on sam – słusznie nim pogardzali.
Zastanowił się, jaki problem najbardziej go niepokoi. Tak, jego kapitan go lekceważył. Taka była prawda, choć opinia Kyle'a w niczym nie umniejszała jego marynarskich umiejętności. Jeszcze do niedawna Brashen był na tym statku pierwszym oficerem, zastępcą kapitana Vestrita. I dobrze się na tym stanowisku sprawował. Kiedy Vestrit zachorował, Brashen ośmielał się mieć nadzieję, że obejmie po nim dowództwo “Vivacii”. Zamiast tego starzec przekazał statek swojemu zięciowi, Kyle'owi Havenowi. No cóż, rodzina to rodzina i młody marynarz musiał się z tym faktem pogodzić.
