
Gdy patrzył w lśniące czarne wody, toczące się tak lekko za “Rozpryskiem”, przyszło mu do głowy, że może zrobić jeszcze jedną rzecz. Nigdy przedtem o tym nie myślał, dopiero teraz. Decyzja wydawała się prosta i logiczna. Skoczyć do wody! Kilka przykrych minut, a potem wszystko się skończy. Nigdy już nie będzie musiał nikomu odpowiadać ani znosić uderzeń liny o żebra. Nigdy nie będzie się wstydził, nie poczuje się nieszczęśliwy ani niemądry. Wyjście to wydało mu się najlepsze z możliwych. Jeszcze tylko chwila i wszystko minie. Nie będzie się musiał dręczyć, modlić o nic ani przed niczym bronić. Potrzebny był tylko jeden moment stanowczości, a potem koniec.
Wstał i pochylił się ponad relingiem, szukając w sobie siły, dzięki której przejąłby kontrolę nad własnym losem. Kiedy wszakże zrobił głęboki wdech i już miał się rzucić w fale, zobaczył węża. Stwór sunął za żaglowcem, milczący jak czas. Jego wielkie, faliste ciało kryło się w łagodnym łuku śladu statku. Ciało bestii idealnie naśladowało poruszające się fale: gdyby nie poblask łusek w świetle księżyca, chłopiec nawet nie wiedziałby, że w ich kilwaterze płynie bestia.
Serce zamarto mu wtedy w piersi i zabrakło oddechu; niemal poczuł ból. Chciał krzykiem oznajmić, co zobaczył i zawołać wartownika, który by to potwierdził. Węże widywano niezwykle rzadko, a wielu mieszkańców lądu mówiło wręcz, że są one jedynie czystym wymysłem morskich szczurów. Brashen wiedział również, co marynarze mawiają o dużych wężach – że człowiek, który takiego zobaczy, widzi własną śmierć. Nagle poczuł pewność, że nikt nie powinien się dowiedzieć o jego spotkaniu z wężem. Załoga uznałaby zapewne ten fakt za złą wróżbę dla całego statku. A wówczas istniałby tylko jeden sposób odczynienia pecha: przypadkiem ktoś nie naciągnąłby wystarczająco mocno żagla i Brashen spadłby z rei prosto w otwarty luk i złamał kark… albo po prostu cicho zniknąłby którejś nocy podczas długiej, nudnej wachty.
