
Mimo że jeszcze przed chwilą rozmyślał o samobójstwie, teraz uświadomił sobie, iż wcale nie chce umierać. Ani z własnej ręki, ani z ręki kogoś innego. Pragnął przeżyć tę po trzykroć przeklętą podróż, zejść na brzeg i wrócić do wcześniejszego trybu życia. Postanowił pójść do ojca, uklęknąć przed nim i błagać o przebaczenie jak nigdy przedtem. Chyba przyjmą go z powrotem. Może nie będzie już dziedzicem fortuny Trellów, ale nie dbał o to. Niech dziedziczy Cerwin, Brashen zadowoli się losem młodszego syna. Obiecał sobie, że porzuci hazard, przestanie pić i zażywać cindin. Zrobi wszystko, czego zażądają ojciec i dziad. Chwytał się życia równie mocno jak pełnymi pęcherzy rękoma trzymał się relingu, podczas gdy obserwował pokryte łuskami walcowate ciało lekko sunące w kilwaterze.
Potem przyszło najgorsze. To, co nadal powracało w jego snach. Wąż najwyraźniej zrozumiał, że poniósł klęskę. Jego podstęp się nie udał i nie dopadnie swej ofiary. W tym momencie Brashen poczuł dreszcz tak nieprzyjemny jak wówczas, gdy ręka Farseya dotykała jego krocza i uprzytomnił sobie, że nagła myśl o samobójstwie zrodziła się w jego głowie z sugestii węża. W tym momencie stwór niedbale się obrócił, opuścił zasłaniający go kilwater i popłynął wzdłuż statku, ukazując Brashenowi swe ciało w całej okazałości. Był już na wysokości śródokręcia “Rozprysku”. Błyszczał i mienił się kolorami. Poruszał się bez wysiłku, chłopcu wydawało się, że to statek ciągnie bestię za sobą. Głowa stwora nie przypominała płaskiego, trójkątnego łba charakterystycznego dla węży lądowych; była pełna, sklepiona, o zakrzywionym czole i ogromnych, umieszczonych po bokach oczach. Jadowite wąsy zwisały pod dolną szczęką.
