
Kapitan odchylił się na krześle. Najwyraźniej milczenie zaszokowanej Althei sprawiało mu przyjemność. Kiedy odezwał się ponownie, jego ton był niski i wesoły.
– A widzisz, mała siostrzyczko, chyba nie jest ci przyjemnie, kiedy sobie z ciebie drwię. Może więc teraz zrozumiesz, co czułem, gdy mocno pijany po powrocie z przepustki pokładowy cieśla cytował głośno twoje słowa. Że ponoć ożeniłem się z twoją siostrą tylko z jednego powodu – ponieważ chciałem dostać w swoje łapy rodzinny żaglowiec. I że tacy ludzie jak ja jedynie w taki sposób mogą zostać kapitanami żywostatków. – Opanowany dotąd Kyle zazgrzytali nagle z wściekłości.
Althea rozpoznała własne frazy. Och, była bardziej pijana, niż sądziła. Jak mogła wypowiedzieć na głos takie opinie. Teraz pozostawało jej tchórzostwo lub kłamstwo. Wykręcić się, udawać, że niczego takiego nie mówiła? O nie. Była przecież córką Ephrona Vestrita. Nie brakowało jej odwagi.
– To prawda. Powiedziałam tak, bo to prawda. Przyznaję się. Czy prawda może cię obrażać?
Kyle wstał nagle i obszedł stół. Był postawnym mężczyzną. Mimo iż dziewczyna zaczęła się już cofać, otrzymany od niego policzek okazał się tak siarczysty, że aż się zatoczyła. Chwyciła się grodził i z trudem zdołała utrzymać równowagę. Jej szwagier bardzo blady wrócił do swoje miejsce i usiadł. Za daleko… Oboje posunęli się za daleko. Althea zawsze się tego obawiała. Czy Kyle również się tego bał? W tej chwili najwyraźniej czuł się równie paskudnie jak ona.
– Wiedz, że swoimi słowami obraziłaś nie mnie – odparł ochrypłym głosem – lecz swoją siostrę. Pijana jak szewc w publicznej tawernie niemal nazwałaś ją dziwką.
