
Althea próbowała się odwrócić i odejść z godnością, lecz Kyle wstał z krzesła, wyszedł zza stołu, podszedł do niej i położył jej swą silną rękę na plecach, po czym pchnął dziewczynę ku drzwiom.
Wyszła z kwatery, zatrzasnęła za sobą drzwi i przyjrzała się Mildowi, który pracowicie polerował piaskiem pobliski fragment relingu. Chłopak był chytry jak lis; na pewno wszystko słyszał. No cóż, Althea nie wstydziła się niczego, co zrobiła albo powiedziała w kajucie. Wątpiła, czy Kyle może powiedzieć o sobie to samo. Z podniesioną głową ruszyła na rufę, do małej kabiny, którą zajmowała od dwunastego roku życia. Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi, a wówczas w całej pełni dotarła do niej groźba Kyle'a.
Będzie musiała opuścić statek! Swój dom. Nowy kapitan nie wyrzuci jej z domu. A może będzie do tego zdolny?
Od dzieciństwa kochała to pomieszczenie i nigdy nie zapomniała dreszczyku emocji, który poczuła, gdy weszła tu po raz pierwszy i rzuciła marynarski worek na koję. Prawie siedem lat temu; od tamtej pory kajuta stanowiła jej dom i zapewniała bezpieczeństwo.
Althea wspięła się na koję i skuliła na niej. Twarz przysunęła do samej grodzi. Policzek palił, ale nie dotknęła go. Kyle ją uderzył! Niech ślad jego przemocy zasinieje i pociemnieje. Może kiedy Althea dotrze do domu, siostra i rodzice dostrzegą siniak i uświadomią sobie, jakiego pasożyta wprowadzili do rodziny. Kyle Haven nie pochodził nawet z kupieckiego rodu. Był mieszańcem, w połowie Chalcedczykiem, w połowie szczurem lądowym. Mimo iż ożenił się z jej siostrą, był dla Althei nikim. Niczym. Kawałkiem łajna. Nie zamierza przez niego płakać, budzi w niej tylko gniew. Tylko gniew.
