
Po kilku minutach serce dziewczyny zabiło spokojniej. Leniwie sięgnęła po pikowaną kołdrę, którą uszyła dla niej Nana. Później obróciła się i wyjrzała przez umieszczony na przeciwnej ścianie iluminator. Bezkresne szare morze w dolnej, ogromne niebo w górnej części. To był jej ulubiony widok, z pozoru zawsze niezmienny, a równocześnie w każdej minucie inny.
Rozejrzała się po kajucie. Małe biurko bezpiecznie przymocowane do grodzi, na nim maleńka szufladka, w której podczas złej pogody można było zabezpieczyć papiery i dokumenty. Obok biurka znajdowały się półka z książkami i stojak na zwoje. Książki nigdy nie spadały, nawet podczas najsilniejszego sztormu. Althea miała także mały stolik nawigacyjny i zbiór map, ponieważ ojciec nakłaniał ją do nauki nawigacji, choćby po to, by potrafiła ustalić położenie statku. Potrzebne przyrządy i dokumenty leżały w niewielkiej wyściełanej kasetce przymocowanej do ściany. Marynarskie ubrania dziewczyny wisiały na wieszakach. Jedyną ozdobę pomieszczenia stanowił obrazek “Vivacii”, który kiedyś zamówiła. Wykonał go Jared Pappas, było to zatem cenne malowidło, lecz dla Althei najważniejszy pozostawał przedstawiony na nim statek. Na obrazie żagle “Vivacii” były wydęte od pełnego wiatru, a jej dziób równo ciął fale.
Dziewczyna sięgnęła nad głowę i przycisnęła ręce do nieosłoniętych drewnianych belek żaglowca, które więziły jego uśpione życie. Drżenie, jakie Althea wyczuła, nie wiązało się ze zwyczajnym pulsowaniem drewna tnącego fale statku, z głuchym tupotem biegających po pokładach marynarzy ani z ich piskliwymi odżywkami na rozkazy oficera; łączyło się natomiast z życiem samej “Vivacii”, z jej bliskim przebudzeniem.
“Vivacia” była żywostatkiem. Sześćdziesiąt trzy lata temu położono jej kil; tę długą, dobrze wypionowaną drewnianą belkę wykonano z czarodrzewu.
