
Kapitan zatrzymał się i trącił butem fałdę mokrego piasku. Błysk złota. Pochylił się niedbale i zaczepił palcem o delikatny złoty łańcuszek. Kiedy pociągnął, z piaszczystej kryjówki wyskoczył medalionik. Kennit wytarł go do czysta o płócienne spodnie, a następnie z wprawą zajął się maleńkim zatrzaskiem. Wreszcie złote połówki rozwarły się. Morska woda wdarła się wprawdzie do środka, ale sportretowana twarz młodej kobiety ciągle uśmiechała się do pirata. Oczy promieniały wesołością, ale jakby nieco trwożliwie strofowały znalazcę. Mężczyzna chrząknął, po czym wepchnął medalionik do kieszeni brokatowej kamizelki.
– Kapitanie, wiem, że nie pozwolą panu go zatrzymać. Nikt nie może niczego zabrać z Plaży Skarbów – zauważył ostrożnie Gankis.
– Czyżby? – zapytał drwiąco Kennit. Umyślnie mówił rozbawionym tonem, obserwując zakłopotanie starca, który nie wiedział, czy pirat kpi sobie z niego, czy też mu grozi. Gankis ukradkiem przestąpił z nogi na nogę, mimowolnie odsuwając się poza zasięg pięści kapitana.
– Tak mówią wszyscy, panie – odparł z wahaniem. – Że nikt nie zabiera do domu tego, co znajduje na Plaży Skarbów. Wiem na pewno, że przyjaciel mojego wuja nie zabrał. Gdy Inny obejrzał znalezisko i przepowiedział mu z niego jego los, przyjaciel wuja zszedł za tubylcem na plażę do skalnego klifu. Prawdopodobnie tego. – Gankis wskazał ręką odległe łupkowe urwiska. – Na jego powierzchni były tysiące małych dziur, które pan nazywa…
– Niszami – wtrącił Kennit prawie sennym głosem. – Nazywam je niszami, Gankisie. Powinieneś trochę popracować nad językiem swojej matki.
– Tak, panie, to nisze. W każdej znajdował się skarb, tylko nieliczne były puste. Przedstawiciel Innego Ludu pozwolił temu człowiekowi przejść wzdłuż klifowej ściany i obejrzeć wszystkie skarby. Były tam rzeczy, panie, jakich sobie nawet nie potrafisz wyobrazić. Porcelanowe filiżanki wykończone fantazyjnymi pączkami róż, obrzeżone klejnotami złote puchary do wina, jaskrawo pomalowane małe drewniane zabawki i, och, panie, setki równie niewyobrażalnych przedmiotów, a każdy w osobnej niszy. I nagle przyjaciel mojego wuja zobaczył pustą niszę odpowiedniego rozmiaru i kształtu, po czym włożył do niej kobietę-motyla. Powiedział, że nigdy przedtem nie czuł się taki uczciwy, jak wtedy, gdy odkładał na swoje miejsce ten maleńki skarb. Zostawił go tam, opuścił wyspę i wrócił do domu.
