Jak pies wezwany przez swego właściciela, Gankis wrócił do kapitana. Brązowe oczy starego pirata lśniły młodzieńczymi iskierkami, obie ręce zaciskały się kurczowo na znalezisku. Zeskoczył lekko z niemal dwumetrowego uskoku na plażę i zaczął biec; jego niskie botki zakopywały się w piasku. Gdy Kennit patrzył na pędzącego Gankisa, jego czoło zmarszczyło się na moment. Chociaż staremu wiarusowi często zdarzało się płaszczyć przed swoim kapitanem, był równie nieskłonny do dzielenia się z nim łupami jak każdy inny pirat. Kennit nie oczekiwał zatem, że z ochotą przyniesie mu to, co znajdzie na trawiastej skarpie. W gruncie rzeczy, podejrzewał raczej, że na końcu spaceru będzie musiał przeszukać starca i odebrać mu skarby. Widząc, jak Gankis spieszy ku niemu z rozpromienioną twarzą, jak gdyby był wiejskim kmiotkiem niosącym bukiet ukochanej dojarce, Kennit szczerze się zaniepokoił.

Jednak przybrał swój zwyczajowy sardoniczny uśmiech, nie pozwalając, by twarz zdradziła jego myśli. Była to pieczołowicie wyćwiczona mina, która przywodziła na myśl leniwy wdzięk polującego kota. Przy czym nie szło wcale o to, że jego imponujący wzrost pozwalał mu patrzeć na starego marynarza z góry. Przypatrując się swoim ludziom z rozbawieniem, sugerował im, że niczym go nie zaskoczą. Chciał, by piraci sądzili, iż Kennit umie przewidzieć nie tylko każdy ich ruch, ale także myśli. Tak nastawiona załoga wierzy zapewne, że kapitan potrafi natychmiast odkryć pomysł ewentualnego buntu; z pewnością nikomu się do niego nie pali.

Zachował więc typową dla siebie minę, kiedy Gankis biegł ku niemu po piasku. Co więcej, nie od razu wziął skarb, ale skłonił mężczyznę do wyciągnięcia ręki, podczas gdy sam patrzył z nieskrywaną wesołością.

Jednak gdy tylko zobaczył przyniesiony przedmiot, z całych sił musiał nad sobą zapanować, aby nie wyrwać go natychmiast z dłoni starca. Nigdy nie widział tak pomysłowo wykutej zabawki. Była to szklana bańka, absolutnie idealna kula, której powierzchni nie szpeciła ani jedna rysa.



9 из 391