
Pozwolił, by Gankis dwukrotnie zademonstrował mu ruchy figurek. Potem bez słowa, lecz pełnym gracji gestem wyciągnął ku niemu rękę o długich palcach, a wtedy stary marynarz włożył mu w dłoń skarb. Kennit nie przestawał się wesoło uśmiechać, kiedy po raz pierwszy podniósł kulę do światła słonecznego i poruszył nią, by nakłonić figurki do tańca. Kula nawet nie wypełniała mu dłoni.
– Dziecięce cacko – mruknął wyniośle.
– Tak, gdyby to dziecko było najbogatszym księciem na świecie – ośmielił się zauważyć Gankis. – Ta rzecz jest, panie, zbyt krucha, by dawać ją do zabawy dziecku. Upuściłoby ją natychmiast…
– A jednak kula przetrwała skoki na sztormowych falach, a później morze cisnęło ją na plażę – zauważył z wystudiowanym dobrym humorem Kennit.
– To prawda, panie, szczera prawda, ale jesteśmy przecież na Plaży Skarbów. Słyszałem, że niemal wszystko, co tu wyrzuca morze, jest całe. To część związanej z tym miejscem magii.
– Magia. – Kennit pozwolił sobie na nieco szerszy uśmiech i schował kulę do obszernej kieszeni indygowego kaftana. – Zatem wierzysz, że twa magia ciska tego typu błyskotki na brzeg?
– A cóż innego, kapitanie? Wedle wszelkich praw, taką szklaną bańkę powinno rozbić na drobne kawałki byle uderzenie, a przynajmniej jej powierzchnię musiałby porysować piasek. Tymczasem ona wygląda, jak gdyby właśnie opuściła sklep jubilerski.
