Kirsty obiecywała sobie, że wynagrodzi mu wszystko potomstwem, ale upłynęło pięć lat i nadal nie mieli dziecka. Ku jej przerażeniu, Everdene przestało też przynosić dochody. Jack chciał mieć coś do powiedzenia w zarządzaniu farmą, cóż jednak z tego, skoro natura dała mu siłę, nie zaś umiejętność podejmowania decyzji. Zawierał niefortunne kontrakty, odrzucał prośby żony i kupował nędzne zwierzęta, które wkrótce zdychały. Kirsty sprzeciwiała się ostro, a to prowadziło do coraz częstszych kłótni.

Wtedy właśnie Peter Mullery przyjechał z uniwersytetu na Święta Bożego Narodzenia. Miał osiemnaście lat, był przystojny, szczupły, bystry. W Everdene spodziewał się znaleźć pracę. Normalnie o tej porze roku nie było nic do roboty, ale Jack właśnie wydał ich ostatnie grosze na świnie, które miały być dostarczone w następnym tygodniu. Nadawał się dla nich jedynie stary chlewik, ale i ten wymagał naprawy. Kirsty chętnie więc przyjęła Petera do pracy.

– Wkrótce pojawi się Caleb. Nie potrzebujemy nikogo więcej – burknął Jack, wyraźnie niezadowolony z jej decyzji.

– Pojawi się, albo i nie. Wiesz, jaki bywa nieodpowiedzialny. A w przyszłym tygodniu przywożą nam świnie.

– Dobrze, ja się tym zajmę – krzyknął Jack. – To dobre świnie, zobaczysz.

– Pewnie tak, ale przecież gdzieś trzeba je upchnąć. Sam mówiłeś, że potrzebujemy pomocy.

– Miałem na myśli kogoś nawykłego do ciężkiej pracy, a nie chłopca marnującego życie na książki.

– A co jest złego w książkach? Czasami żałuję, że nie mam więcej czasu na czytanie.

Rzucił jej gniewne spojrzenie i wybiegł z pokoju, jak zawsze wtedy, gdy nie wiedział, co odpowiedzieć.

Caleb rzeczywiście wkrótce się pojawił, ale dopiero po tygodniu, gdy Peter zdążył się już wprowadzić. Dużo pracował, nawet przychodził prosić Kirsty o dodatkowe zajęcia, mimo to zawsze udawało mu się znaleźć sporo wolnego czasu. Przychodził wtedy do niej, by pogawędzić. Lubiła to. Peter był poetą, a ją zawsze pociągały nieznane światy. Pewnego dnia powiedział jej, że jest piękna. Zaśmiała się lekceważąco.



6 из 182