
– Ale ludzie gadają, że jego córka była w ciąży z Jakubowskim, ale spędziła.
– E, ludzie każdego obsmarują. A z Ihorszczuków zbyt porządni ludzie, żeby wierzyć w te plotki.
– Może i tak.
– No nic. Czas na mnie. Wpadnę na dniach.
– No to do zobaczenia.
Ruszył dalej. Aleksander stał, opierając się o płot swojego ogrodu. Przywitali się. Aleksander poczęstował gościa skrętem machorki.
– Mam do pana sprawę – zagaił.
– Słyszałem, że pańska matka widziała…
– E, to nieistotne. Ona zawsze coś zobaczy. A to olbrzyma utkanego z ciemności, a to wilka. Pozwoli pan do obory.
Weszli. W oborze stała krowa, jałówka w kojcu oraz piękny kary koń.
– Nu, Kary nastąp się.
Koń odwrócił się, ukazując bok.
– Patrz pan.
Zwierzę miało dwie kłute ranki, od których ciągnęły się sople zakrzepniętej krwi. Zwierzę zarżało cicho.
– O mój Boże – wyszeptał Jakub.
Ze swojej ceratowej teczki wydobył calówkę i zmierzył odstęp pomiędzy nimi, a potem porównał ze swoją blizną. Zasępił się.
– I co pan powie?
– Chyba to samo.
– Wampir?
– Trudno powiedzieć – podszedł do ściany i zaczął ją badać do takiej wysokości, do której mógł dosięgnąć koń. Wodził ręką po deskach i po spojeniach.
– Czego pan szuka?
– Jakiegoś kolca, zęba od wideł tkwiącego w ścianie, czegoś o co mógł się skaleczyć.
– Ajajaj, czołowy pogromca wampirów szuka przyczyn naturalnych?
– Pan nie wierzy w wampiry. Pan jest człowiekiem wykształconym. Ja wierzę w duchy, ale szukam innych przyczyn.
– I jak?
– I nie znajduję.
Zasępili się obydwaj. Jeden myślał o swoim biednym koniu, drugi o pewnym rosyjskim kupcu pogrzebanym koło cerkwi Eliasza Proroka.
Trzy dni później
Było jeszcze zupełnie ciemno. Padał rzęsisty deszcz. Trzej, ubrani w pałatki mężczyźni, kopali przy ścianie cerkwi już trzecią dziurę z rzędu.
