Obaj mężczyźni przepchnęli się na koniec targu, gdzie przy wozach z prosiętami było już nieco luźniej. Tu właśnie, koło sklepu, dogonił ich sprzedawca biletów.

– Panowie nie wykupili biletów.

– Haw? – wyraził zdziwienie Semen.

Gdy nie chciał być zbyt dobrze rozumianym, posługiwał się własną osobliwą mową na bazie ukraińskiego, zawierającą ponadto słowa z licznych innych języków oraz takie przez siebie samego wymyślone.

– Wy chcecie sprzedać te konie? Sprzedawca był we wsi nowy i nie znał wszystkich mieszkańców oraz ich bzików.

– Pradat’ Karolinu? Ty s urna saszoł!

– A, kto by to kupił – Jakub wzruszył ramionami. Ty lepiej idź w swoje miejsce, bo mój drug dzisiaj nie w humorze, jeszcze zęby wybije za takie podejrzenia.

Sprzedawca parsknął śmiechem.

– Ech wy dziadki. Maść na reumatyzm, a nie zęby wybijać.

Semen uśmiechnął się z pogardą, a potem rozejrzał. Obok sklepu leżała duża ilość stalowych elementów, druty, pręty i płaskowniki. Podszedł do stosu i wyciągnął zeń metrowy kawałek pręta zbrojeniowego o średnicy mniej więcej półtora centymetra. Uniósł go nad głowę i złapawszy dłońmi za oba jego końce, zaczął giąć go z całej siły. Mięśnie napięły się pod mundurem. Mięśnie, których na zdrowy rozum od trzydziestu lat nie powinno być. Na skroniach pojawił mu się pot. Nieskończenie powoli pręt wygiął się w łuk. Ręce starca parły dalej aż wreszcie oba końce połączyły się.

– Idź w pole szukać rezerw paszowych albo pasać gęsi – poradził życzliwie sprzedawcy, po czym odwrócił się, uznając rozmowę za zakończoną. Ośmieszony podniósł z ziemi wygięty pręt i spróbował go rozprostować. Nie dał rady, mimo, że ciągnął z całej siły. Jakub wszedł do sklepu.



20 из 165