
Oddalili się szybkim krokiem wśród krzaków, ale złorzeczenia goniły ich jeszcze przez wiele minut.
Wieczorem Jakub przemknął się do wsi i zapukał do okna swojego przyjaciela Józefa Paczenki. Kumpel otworzył okno i przyłożył palec do warg.
– Dobry.
– Dobry. Syn usnął dopiero co. Spotkajmy się w stajni.
– Przyniosłem flaszkę.
– Dobra, wezmę coś na ząb.
Po chwili obaj siedzieli w ciepłej stajni. Ustawiona na podmiecionej części klepiska lampa naftowa roztaczała łagodne światło. Józef nalał bimbru do szklanek i stuknęli się.
– Oby nam się.
– Zdorowia.
Wypili.
– Ognista gorzała – zauważył gospodarz. To Igora?
– Pewno.
– No to się przygotuj na zmianę dostawcy.
– Co się stało? Kocioł wybuchł?
– Zwinęli go. Za bimber i kłusownictwo.
– Kiedy?
– Dziś po południu. Kiedy ty hmmm…
– Nie dotarła do mnie jeszcze ta wieść. Opowiesz?
– Pewno. Jakiś czas temu zaszedł nasz drogi przyjaciel do stodoły i co widzi? W jednym kącie leży locha z warchlakami.
– Dziki?
– Ano dziki. Dziewięć sztuk. Inny by wziął siekierę i miałby mięso, ale jak wiesz on ma smykałkę do wszelakich interesów.
– Mówiłem mu nie raz i nie dwa, że ten jego zmysł handlowy doprowadzi go do mamra.
– No to wykrakałeś. Pasł dziki kartoflami, żeby podrosły, pasł, aż na niego sąsiedzi donieśli.
– Cholera! Kto?
– Jeszcze nie wiem, ale się dowiem.
– Już my ich urządzimy. I co dalej?
– No cóż. Weszli gliniarze do stodoły, zobaczyli kojec z dzikami. Potem popatrzyli w drugą stronę i zobaczyli bimbrownię.
– Dużo?
– Podobno pięćset litrów zacieru.
– Rany Boskie! Pięć lat jak obszył. I jeszcze za kłusownictwo.
– Może trochę mu odpuszczą za dobre sprawowanie. – Z tego, co go znam, raczej dołożą. Tak czy siak, wcześniej jak za trzy lata go nie zobaczymy. Uniósł szklankę do góry.
