– Za naszego druha. Wypili.

– Wiesz – zaczął Józef. – Zachodził do mnie ksiądz.

– Dzisiaj?

– Dziś. Niedawno sobie poszedł. Wiesz, co powiedział?

– Nie mam pojęcia, ale to chyba nietrudno zgadnąć.

– Powiedział: „Zrób coś Józefie i wpłyń na swojego przyjaciela, bo kroczy po bagnie. Do kościoła nie chodzi, nieboszczykom spokój narusza. Może to i nie jest zły człowiek, ale błądzi”.

– Byłem chrzczony w cerkwi i tam brałem ślub! Słuchaj, ty wierzysz w te wampiry, z którymi ja walczę?

– Tak szczerze?

– Szczerze.

– Jeśli mam nie skłamać, to nie do końca. Pluskwy pogryzą dzieciaka, prześcieradło we krwi, a matka krzyczy o wampirach. Przecież nie pochwali się, że ma robactwo w mieszkaniu.

– Zobacz to – Jakub podciągnął rękaw koszuli. W czterdziestym pierwszym ciąłem z Aleksandrem Pilipiukiem drzewo w jego lesie. Noc była ciepła, przysnęliśmy na mchu. A rano…

Józef patrzył na obnażone ramię przyjaciela, na którym widniały dwie zagojone dawno blizny. Jak od zębów wampira. Jak od kłów węża.

– Może żmija? – zasugerował.

– A widziałeś kiedyś węża, nawet nie żmiję, jakiegokolwiek węża w naszym lesie?

– Nie. Nigdy.

– Ja także nie. Ani Hawraj nie widział, ani Farfos, ani Kuraszko, ani Miącz, ani Sapiega, ani…

– A wampira ktoś widział?

– Wampirów nie, ale duchy to i owszem.

– Ba! Każdy wie, gdzie straszy. Na drodze koło szubienicy; próbowałeś kiedyś przejechać tamtędy wozem albo konno w południe, albo o zmroku?

– Tak, mój dziadek próbował, mój ojciec, ja. Konie zawsze się płoszą. Boją się. Lękają się czegoś, czego my nie widzimy.

– Mój ojciec też próbował. I ja, to przeklęte miejsce. – Może trzeba by postawić kapliczkę tam na górze?

A może w samym wąwozie – zastanawiał się egzorcysta.



7 из 165