
— Wolimy tak, jak jest — uciął Rand. — No, a poza tym wy, chłopaki, jesteście cenni. To również musimy brać pod uwagę. Bo co na przykład zrobisz, jeśli tam, pięć tysięcy lat świetlnych od domu, przydarzy ci się wypadek? Co będzie, jeśli stracisz kontrole nad maszyną? jesteś dla nas stracony. A tak to wszystko idzie automatycznie. Wysyłamy was, a po pewnym, z góry określonym czasie, automaty ściągają was z powrotem. Mamy przynajmniej pewność, że wrócicie.
— Zbyt wysoko nas cenisz — sucho odparł Blaine.
— To niezupełnie tak — dodał szybko Rand. — Czy wiesz, ile w was zostało zainwestowane? Czy zdajesz sobie sprawę, ilu musimy przesiać, by wybrać jednego? Kogoś, kto jest zarówno telepatą i teleporterem szczególnego rodzaju, kogoś o tak zrównoważonym umyśle, że podoła psychicznie presji tego wszystkiego, na co się może natknąć. I w końcu rzecz niebagatelna: kogoś, kto jest gotów dochować wiary Fishhookowi.
— Kupujecie naszą lojalność. Nie spotkasz wśród nas nikogo, kto uskarżałby się na brak pieniędzy.
— To akurat nie jest żadna wada — roześmiał się Rand. — Poza tym wiesz doskonale, że nie o tym mówię.
A ty — rzucił w myśli Blaine pod adresem Randa — a ty, jakie masz kwalifikacje na ochroniarza. Tu potrzebny jest sprawny szperacz. Gdybyś sam posiadał naturalne predyspozycje na szperacza, nie zatrudniałbyś innych. — A na głos powiedział: — Ale ja w dalszym ciągu nie widzę powodów, dla których nie chcecie dać nam czasu wedle własnego uznania. Moglibyśmy przecież…
— A ja nie widzę powodu, byś tak się tym gryzł — odparł pogodnie Rand. — Wróciłeś dopiero co na swoją drogocenną planetę, ale zawsze możesz powrócić tam, skąd przybyłeś.
— Oczywiście, że wrócę — odrzekł Blaine i dopił do końca whisky. Odstawił pustą szklankę na biurko. — Okay, musze już zmykać. Wielkie dzięki za drinka.
— Okay, skoro musisz, nie zatrzymuje. Wpadniesz jutro?
