
Blaine, lekko zgarbiony nad szklanką, w sekundzie milczenia, które zapadło nim Rand zaczął ponownie mówić odniósł wrażenie, że słyszy puls tego gigantycznego organizmu jakim był Fishhook. Zupełnie jakby to była żywa istota spoczywająca w bezruchu na łonie matki-Ziemi w spowitym mrokiem nocy północnym Meksyku; istota posiadająca serce, płuca i tętniące krwią aorty.
— Wy, chłopaki, macie fajną zabawę — odezwał się Rand zabawnie marszcząc nos. — Czasami aż wam zazdroszczę.
— Wykonujemy swoją pracę — ostrożnie odparł Blaine.
— Byłeś dziś pięć tysięcy lat świetlnych stąd. A to już mówi samo za siebie.
— Z pewnością masz racje — zgodził się Blaine. — Możemy przynajmniej zobaczyć na własne oczy, jak tam jest. Ale tym razem było jeszcze lepiej… Wiesz, wydaje mi się, że spotkałem życie…
— Opowiedz… — żywo zainteresował się Rand.
— Niewiele jest do opowiadania — wzruszył ramionami Blaine. — Rzecz odkryłem w chwili, gdy mój czas się kończył. Nic nie zdążyłem zrobić. Musiałem wracać do domu. A swoją drogą, moglibyście coś dla nas zrobić…
— Uhumm — Rand skrzywił się lekko.
— Powinniście zostawić nam więcej inicjatywy a przede wszystkim limit czasu nie może być tak sztywno ustalany. Trzydzieści godzin! Raz trzymacie tam człowieka, choć mógłby z powodzeniem wracać już po godzinie, kiedy indziej znów — jak mnie dzisiaj — wyrywacie z powrotem w chwili, gdy potrzebuje tego czasu więcej.
Rand wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Tylko nie mów, że nie możecie tego zrobić z przyczyn technicznych — napierał Blaine. — Nie udawaj, że to niemożliwe. Fishhook ma specjalistów na pęczki, posiada stosy ultranowoczesnej aparatury.
— Oh, z pewnością — odrzekł niedbale Rand. — Ale my lubimy mieć wszystko pod ścisłą kontrolą.
— Boicie się, by ktoś nie nawiał? — wykrzyknął ironicznie Blaine. — Chociażby.
— Po co? Tam przecież nie jest się człowiekiem. Jest się tylko nagim umysłem uwięzionym w niezwykle skomplikowanej maszynie.
