
— Pospiesz się — przynaglał Freddy. — Pospiesz się, Charline czeka na nas.
Blaine wśliznął się już bez wahania do wnętrza pojazdu. Trzasnęły zamykane drzwiczki i po chwili samochód włączył się w nurt pędzących środkiem jezdni aut.
— Mówiłem Charline — paplał Freddy — że przyjęcie nie może odbyć się bez jakiejś duszy od Fishhooka. Dobrowolnie zaoferowałem się dostarczyć jakąś szychę…
— Ależ ja nikim takim nie jestem — roześmiał się Blaine.
— Jesteś, jesteś. Jesteś jeszcze ciekawszy — żarliwie zapewniał Freddy. — Jesteś badaczem, masz masę do opowiadania…
— Wiesz, że nigdy nie opowiadamy.
— Wiem, wiem, tajemnica — Freddy klepnął go w kolano.
— Takie mamy przepisy — bąknął Blaine.
— I słusznie. Nasze miasto jest tak rozplotkowane… Ale to głównie wasza wina. Sami stwarzacie wokół siebie aurę tajemniczości i sekretów. Ludzie tego nie lubią, ludzi to denerwuje, podnieca ich ciekawość, powoduje tyle szumu i komentarzy. Tyle plotek…
— W dodatku nieprawdziwych lub monstrualnie przesadzonych.
— Raczej to drugie — pokiwał głową Freddy.
Blaine nic nie odrzekł. Siedział wtulony w siedzenie i wyglądał przez okno. Patrząc na mijane ulice pełne światła, zgiełku i ruchu, co chwile wznosił odruchowo oczy wyżej, ku górującemu nad miastem posępnemu kompleksowi Fishhooka: Ponownie — któryż to już raz — zdumiał się, że po tylu latach tam spędzonych wciąż jeszcze nie potrafił opanować wzruszenia na myśl o znaczeniu i baśniowej wręcz potędze tego miejsca.
Bo tutaj, właśnie tutaj, znajduje się rzeczywista stolica Ziemi — myślał Blaine. Tu bowiem — u Fishhooka — leży cała nadzieja i przyszłość świata, tu bierze początek nić łącząca Ziemie z Kosmosem. A on, Blaine, opuszcza to miejsce. Absurdalne i przerażające, że właśnie on, z całą swą miłością i bałwochwalczym wprost uwielbieniem dla tego miejsca, z całą wiarą i czcią, którymi je otaczał, musi uciekać stąd jak wypłoszony zając.
