Aplegatt stanął w strzemionach. Pomimo zapadających ciemności i tłoczących się ciekawskich dostrzegł podnoszone przez żołnierzy ogromne płowe cielsko. Nietoperze skrzydła i skorpioni ogon potwora wlokły się bezwładnie po ziemi. Krzyknąwszy chóralnie, wojacy unieśli zewłok wyżej i zwalili na wóz. Zaprzężone do wozu konie, zaniepokojone widać smrodem krwi i ścierwa, zarżały, targnęły dyszlem.

— Nie stać! - wrzasnął na staruszków komenderujący żołnierzami dziesiętnik. - Dalej jechać! Nie tarasować przejazdu!

Dziadek popędził muły, wóz podskoczył na koleinach. Aplegatt szturchnął konia piętą, zrównał się.

— Wojacy, widno, bestię utłukli?

— Ale tam — zaprzeczył staruszek. - Wojacy, jak przyszli, jeno gęby na ludzi rozwierali, rugali. A to stój, a to nastąp się, a to to, a to sio. Do potwora im spieszno nie było. Posłali po wiedźmina.

— Po wiedźmina?

— Tak było — zapewnił drugi staruszek. - Któremuś się przypomniało, że we wsi wiedźmina widział, tedy posłali po niego. Przejeżdżał potem podle nas. Włos miał biały, gębę paskudną i srogi miecz na plecach. Nie minęła godzina, jak ktoś od przodka krzyknął, że zara będzie można jechać, bo wiedźmin bestyję ukatrupił. Tegdy ruszylim nareszcie i akuratnieś ty się, synku, napatoczył.

— Ha — rzekł Aplegatt w zamyśleniu. - Tyle lat po drogach gonię, a jeszcze wiedźmina nie napotkałem. Widział kto, jak on tego potwora sprawiał?

— Ja widziałem! — zawołał chłopak ze zmierzwioną czupryną, podkłusowując z drugiej strony wozu. Jechał na oklep, powodując chudą hreczkowatą szkapką za pomocą kantara. - Wszystko widziałem! Bo przy żołnierzach byłem, na samiuśkim przodku!

— Patrzcie go, smarka — powiedział powożący staruszek. - Mleko pod nosem, a jak się mądrzy. A batem chcesz?

— Niechajcie go, ojciec — wtrącił się Aplegatt. - Skoro rozstaje, tam na Carreras pojadę, a wcześniej chciałoby się wiedzieć, co było z tym wiedźminem. Gadaj, mały.



10 из 306