W dolnej kondygnacji budyneczku nie było wejścia; były tylko solidnie zaryglowane wrota, zapewne wiodące do wozowni lub stajni. Aby dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zapuścić się na tyły domu, wejść na błotniste, pełne kaczek i kur podwórko, stamtąd na schodki, potem zaś przejść wąską galeryjką i ciemnym korytarzykiem. Dopiero wówczas stawało się przed solidnymi, okutymi drzwiami z mahoniu, zaopatrzonymi w wielką mosiężną kołatkę w kształcie lwiej głowy.

Geralt zakołatał, po czym cofnął się szybko. Wiedział, że zamontowany w drzwiach mechanizm może wystrzelić z ukrytych wśród okuć otworów długie na dwadzieścia cali żelazne szpikulce. Teoretycznie, szpikulce strzelały z drzwi tylko wówczas, gdy ktoś próbował manipulować przy zamku, względnie gdy Codringher lub Fenn naciskali na urządzenie spustowe, ale Geralt wielokrotnie już przekonał się, że nie ma niezawodnych mechanizmów i że każdy z nich działa czasem nawet wtedy, gdy działać nie powinien. I odwrotnie.

W drzwiach było zapewne jakieś urządzenie identyfikujące gości, prawdopodobnie czarodziejskie. Po zakołataniu nigdy nikt z wewnątrz nie indagował ani nie żądał, by się opowiadać. Drzwi otwierały się i stawał w nich Codringher. Zawsze Codringher, nigdy Fenn.

— Witaj, Geralt — powiedział Codringher. - Wejdź. Nie musisz się tak płaszczyć do framugi, bo rozmontowałem zabezpieczenie. Parę dni temu coś się w nim zepsuło. Zadziałało ni z gruszki, ni z pietruszki i podziurawiło domokrążcę. Wchodź śmiało. Masz sprawę do mnie?

— Nie — wiedźmin wszedł do obszernego, mrocznego przedpokoju, w którym jak zwykle lekko śmierdziało kotem. - Nie do ciebie. Do Fenna.

Codringher zarechotał głośno, utwierdzając wiedźmina w podejrzeniu, że Fenn był postacią stuprocentowo mityczną, służącą do mydlenia oczu prewotom, bajlifom, poborcom podatków i innym nienawistnym Codringherowi osobom.

Weszli do kantoru, w którym było jaśniej, bo był to pokój szczytowy — solidnie zakratowane okna wychodziły na słońce przez większą część dnia.



14 из 306