
Nie mógł się poruszyć, nie mógł krzyknąć. Mógł tylko patrzeć, jak skrzydlaty rycerz dogania Ciri, chwyta za włosy, ściąga z siodła i galopuje dalej, wlokąc ją za sobą. Mógł tylko patrzeć, jak twarz Ciri sinieje z bólu, a z jej ust rwie się bezgłośny krzyk. Obudzić się, rozkazał sobie, nie mogąc znieść koszmaru. Obudzić się! Obudzić się natychmiast!
Obudził się.
Długo leżał nieruchomo, rozpamiętując sen. Potem wstał. Wyciągnął spod poduszki sakiewkę, szybko przeliczył dziesięciokoronówki. Sto pięćdziesiąt za wczorajszą mantikorę. Pięćdziesiąt za mglaka, którego zabił na zlecenie wójta z wioski pod Carreras. I pięćdziesiąt za wilkołaka, którego wystawili mu osadnicy z Burdorffu.
Pięćdziesiąt za wilkołaka. Dużo, bo robota była łatwa. Wilkołak nie bronił się. Zagnany do jaskini, z której nie było wyjścia, uklęknął i czekał na cios miecza. Wiedźminowi było go żal.
Ale potrzebował pieniędzy.
Nie minęła godzina, a wędrował już ulicami miasta Dorian, szukając znajomego zaułka i znajomego szyldu.
*****Napis na szyldzie głosił: „Codringher i Fenn, konsultacje i usługi prawne". Geralt jednak wiedział aż nadto dobrze, że to, co robili Codringher i Fenn, miało z reguły nad wyraz mało wspólnego z prawem, sami zaś partnerzy mieli mnóstwo powodów, by unikać jakiegokolwiek kontaktu zarówno z prawem, jak i z jego przedstawicielami. Wątpił też poważnie, by którykolwiek ze zjawiających się w kantorze klientów wiedział, co znaczy słowo „konsultacja".
