
— Doprawdy? Zaskakujesz mnie. To byłby pierwszy znany mi przypadek, gdy Jaskier nie powiedział za dużo.
— Jaskier — Codringher nie uśmiechnął się — niewiele powiedział, bo i wiedział niewiele. A powiedział mniej, niż
wiedział, bo po prostu o niektórych sprawach zakazałeś mu gadać. Skąd u ciebie ten brak zaufania? I to względem kolegi w profesji?
Geralt żachnął się lekko. Codringher byłby udał, że nie zauważył, ale nie mógł, bo kot zauważył. Rozwarłszy szeroko oczy, obnażył białe kiełki i zasyczał niemal bezgłośnie.
— Nie drażnij mojego kota — powiedział adwokat, uspokajając zwierzątko głaskaniem. - Poruszyło cię nazwanie kolegą? Przecież to prawda. Ja też jestem wiedźminem. Ja też wybawiam ludzi od potworów i od potwornych kłopotów. I też robię to za pieniądze.
— Są pewne różnice — mruknął Geralt, wciąż pod nieprzyjaznym wzrokiem kocura.
— Są — zgodził się Codringher. - Ty jesteś wiedźminem anachronicznym, a ja wiedźminem nowoczesnym, idącym z duchem czasu. Dlatego ty wkrótce będziesz bezrobotny, a ja będę prosperował. Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze.
— Przecież ty wybawiasz od kłopotów właśnie głównie skurwysynów, Codringher. Mających kłopoty biedaków nie stać na twoje usługi.
— Na twoje usługi biedaków nie stać również. Biedaków nigdy nie stać na nic, dlatego właśnie są biedakami.
— Niesłychanie to logiczne. A odkrywcze, że aż dech zapiera.
— Prawda ma to do siebie, że zapiera. A właśnie prawdą jest, że bazą i ostoją naszych profesji jest skurwysyństwo. Z tym, że twoje jest już prawie reliktem, a moje jest realne i rosnące w siłę.
— Dobra, dobra. Przejdźmy do rzeczy.
— Najwyższy czas — kiwnął głową Codringher, głaszcząc kota, który wyprężył się i zamruczał głośno, wbijając mu pazury w kolano. - I załatwiajmy te rzeczy zgodnie z hierarchią ich ważności. Rzecz pierwsza: moje honorarium, kolego wiedźminie, wynosi dwieście pięćdziesiąt novigradzkich koron. Dysponujesz taką kwotą? Czy też może zaliczasz się do mających kłopoty biedaków?
