
— Najpierw przekonajmy się, czy zapracowałeś na taką kwotę.
— Przekonywanie — powiedział zimno adwokat — ogranicz wyłącznie do własnej osoby i bardzo przyspiesz. Gdy zaś się już przekonasz, połóż pieniądze na stole. Wówczas przejdziemy do kolejnych, mniej ważnych rzeczy.
Geralt odwiązał od pasa mieszek i z brzękiem rzucił go na biurko. Kocur gwałtownym susem zeskoczył z kolan Codringhera i umknął. Adwokat schował trzos do szuflady, nie sprawdzając zawartości.
— Spłoszyłeś mojego kota — powiedział z nieudawanym wyrzutem.
— Przepraszam. Myślałem, że brzęk pieniędzy jest ostatnią rzeczą mogącą spłoszyć twojego kota. Mów, czego się dowiedziałeś.
— Ten Rience — zaczął Codringher — który tak cię interesuje, to dość tajemnicza postać. Udało mi się ustalić tylko to, że studiował dwa lata w szkole czarodziejów w Bań Ard. Wywalili go stamtąd, przyłapawszy na drobnych kradzieżach. Pod szkołą, jak zwykle, czekali werbownicy z kaedweńskiego wywiadu. Rience dał się zwerbować. Co robił dla wywiadu Kaedwen, nie udało mi się ustalić. Ale odrzuty ze szkoły czarodziejów zwykle szkoli się na morderców. Pasuje?
— Jak ulał. Mów dalej.
— Następna informacja pochodzi z Cintry. Pan Rience siedział tam w lochu. Za rządów królowej Calanthe.
— Za co siedział?
— Wyobraź to sobie, że za długi. Kiblował krótko, bo ktoś go wykupił, spłacając te długi wraz z procentami. Transakcja odbyła się za pośrednictwem banku, z zastrzeżeniem anonimowości dobroczyńcy. Próbowałem wyśledzić, od kogo pochodziły pieniądze, ale dałem za wygraną po czterech kolejnych bankach. Ten, kto wykupił Rience'a, był profesjonałem. I bardzo zależało mu na anonimowości.
