
Wchodząc do stajni niemal zderzył się z drugim rannym ptaszkiem, którym była młoda dziewczyna w aksamitnym berecie, wywodząca właśnie na podwórze jabłko-witą klacz. Dziewczyna tarła twarz i ziewała, opierając się o bok wierzchowca.
— Ojej — mruknęła, mijając gońca. - Usnę chyba na koniu… Usnę jak nic… Uaauaaua…
— Chłód cię orzeźwi, gdy rozkłusujesz kobyłkę — rzekł grzecznie Aplegatt, ściągając siodło z belki. - Szczęśliwej drogi, panieneczko.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego, jak gdyby dopiero teraz go zauważyła. Oczy miała wielkie i zielone jak szmaragdy. Aplegatt narzucił czaprak na konia.
— Szczęśliwej drogi życzyłem — powtórzył. Zwykle nie był wylewny ani rozmowny, ale teraz czuł potrzebę pogadania z bliźnim, nawet jeśli tym bliźnim była zwykła zaspana smarkula. Może sprawiły to długie dni samotności na szlaku, a może to, że smarkula trochę przypominała jego średnią córkę.
— Niech was bogowie ustrzegą — dodał — od wypadku i złej przygody. We dwie wy jeno i przy tym niewiasty… A czasy teraz niedobre. Wszędzie niebezpieczeństwo czyha na gościńcach…
Dziewczyna szerzej otworzyła zielone oczy. Goniec poczuł zimno na plecach, przeszył go dreszcz.
— Niebezpieczeństwo… — odezwała się nagle dziewczyna dziwnym, zmienionym głosem. - Niebezpieczeństwo jest ciche. Nie usłyszysz, gdy nadleci na szarych piórach. Miałam sen. Piasek… Piasek był gorący od słońca…
— Co? — Aplegatt zamarł z siodłem opartym o brzuch. - Co mówisz, panieneczko? Jaki piasek?
Dziewczyna wzdrygnęła się silnie, przetarła twarz. Jabłkowita klacz potrząsnęła łbem.
— Ciri! — zawołała ostro czarnowłosa kobieta z podwórza, poprawiając popręg i juki karego ogiera. - Pospiesz się!
