To, co zamierzał zrobić, nosiło stygmat cichego zakazu - ale czy miał on inne wyjście? Czy potrafił obronić siebie inaczej - siebie, swoje dzieci, swoje bydło, swój dom?

Niech ci, co mieszkają we wsi, niech oni się opłacają. Niech próbują ją ugłaskać; on, którego przodkowie latami nie schodzili w dolinę, którego przodkowie nie spoczywali obok ludzi na cmentarzach - a wyłącznie tu, na górze, przy domu, otoczeni płotem... On przed nikim nie pochyli głowy. Pomoże sobie sam.

Drewno pachniało dymem. Dym ulatywał spod jego rąk, jeszcze trochę, a jeśli wiedźma nie pojawi się teraz, to niemal zwyciężył.

Dym. Słodka woń dymu. Szybko wypowiedziane rytualne słowa, szczypta ziemi i szczypta soli - oto jest, czysty płomień...

Przez kilka sekund zażywał rozkoszy odpoczynku, potem podniósł się i podrzucił chrustu do ognia. Płomień trzaskał rozpalając się, na boki ulatywały niebieskie gruzłowate kłęby. Czysty ogień. O świcie przeprowadzi przez ostygłe węgle dzieci - i zapewni im zdrowie. Przeprowadzi krowę i zapewni dzieciom jedzenie... I sam przejdzie. A czarny węgielek zaszyje w woreczku i powiesi sobie na szyi, a spotkawszy ją, śmiało popatrzy jej w oczy...

Drgnął. Przez chwilę wydawało mu się, że iskry, wysypujące się w granatowe niebo, lecą jakoś nie tak.

Tu? Ona jest już tu? Czy tylko mu się wydaje?..

Do bólu w oczach wpatrywał się w ciemną górę, i odległe zbocza, i pobliskie pnie; iskry teraz sypały się jak trzeba. Czyli - wydawało mu się tylko. Czyli - trzeba poczekać...

Usiadł. Splótł palce na stylisku ostrej, starej jak smreki, ciupagi.

Watra płonęła. Gibki pomarańczowy jęzor liżący niebo; człowiekowi wydawało się, że świat dookoła czernieje, nie może rywalizować barwami z czystym ogniem. Że to on ślepnie, że w jego oczach pląsają ogniste kręgi, że nie ma niczego na świecie, poza tym otaczającym, dającym moc światłem.



2 из 374