Harrison nabrał tytoniu z podsuniętego kapciucha i wsunął sobie do ust.

— Wiem, Hooch. Wcale się nimi nie przejmuję.

Ale Hooch wiedział, że Harrison się przejmuje. Jest tak wściekły, że nie potrafi nawet prosto splunąć, co wykazał, nie trafiając do spluwaczki. Spluwaczki, jak zauważył Hooch, lśniącej czystością. Czyżby oprócz Hoocha nikt tutaj nie pluł?

— Cywilizujesz się — stwierdził Hooch. — Jeszcze trochę, a będziesz miał koronkowe firanki.

— Mam je — oświadczył Harrison. — W domu.

— I małe porcelanowe nocniki?

— Hooch, masz umysł węża i gębę wieprza.

— Dlatego tak mnie lubisz, Bill. Bo sam masz umysł wieprza i gębę węża.

— I nie zapominaj o tym — rzucił Harrison. — Pamiętaj, że potrafię ukąsić, ukąsić mocno i jadowicie. Pamiętaj, zanim znowu zaczniesz te swoje gierki.

— Gierki? — wykrzyknął oburzony Hooch. — O co ty mnie oskarżasz, Billu Harrisonie?

— Oskarżam cię, że whisky nie docierała do nas przez cztery miesiące. Musiałem powiesić trzech Czerwonych, którzy włamali się do wojskowych magazynów. Nawet moi żołnierze nie wytrzymywali.

— Ja? Dostarczyłem tu whisky najszybciej, jak tylko zdołałem.

Harrison uśmiechnął się tylko.

Na twarzy Hoocha zagościł wyraz bolesnej obrazy — była to jedna z jego najlepszych min, w dodatku częściowo szczera. Gdyby ktoś z handlarzy whisky miał choć szczyptę rozumu, mimo wszelkich wysiłków Hoocha znalazłby drogę w dół rzeki. To przecież nie wina Hoocha, że jest najsprytniejszym, najzłośliwszym, najwredniejszym i najbardziej chytrym śmierdzielem w tym fachu, i tak niezbyt czystym i niezbyt uczciwym.

Wyraz urażonej niewinności na twarzy Hoocha trwał dłużej niż uśmiech Harrisona. Handlarz domyślał się, że tak będzie.



14 из 295