
Nie był za to zdziwiony, kiedy Jackson przekroczył próg wyprostowany jak struna, z płomiennym wzrokiem. Przeszedł przez pokój i podał rękę gubernatorowi Harrisonowi. Nazywał go „panem” Harrisonem. To znaczy, że albo jest głupi, albo jeszcze nie pojął, że potrzebuje Harrisona nie mniej, niż Harrison jego.
— Trzyma pan tutaj zbyt wielu Czerwonych — oznajmił. — Ten jednooki pijak pod drzwiami wystarczy, żeby człowiekowi zrobiło się niedobrze.
— No cóż — odparł Harrison. — Traktuję go jako coś w rodzaju domowego zwierzęcia. Mój własny domowy Czerwony.
— Lolla-Wossiky — podpowiedział uprzejmie Hooch.
A właściwie wcale nie uprzejmie. Nie spodobało mu się, że Jackson go nie zauważa, a Harrison nie pamięta o prezentacji. Jackson spojrzał na niego.
— Co pan powiedział?
— Lolla-Wossiky — powtórzył Hooch.
— Tak ma na imię ten jednooki Czerwony — wyjaśnił Harrison.
Jackson przyglądał się lodowato Hoochowi.
— Imię konia jest mi potrzebne tylko wtedy, kiedy zamierzam go dosiąść — stwierdził.
— Nazywam się Hooch Palmer. — Hooch wyciągnął rękę.
Jackson nie podał swojej.
— Nazywa się pan Ulysses Brock — oświadczył. — Ma pan ponad dziesięć funtów nie spłaconych długów w Nashville. Ponieważ Appalachee przyjęło walutę Stanów Zjednoczonych, jest pan winien dwieście dwadzieścia dolarów w złocie. Wykupiłem ten dług, i tak się składa, że mam przy sobie odpowiednie papiery. Słyszałem bowiem, że handluje pan whisky w tych okolicach. Myślę więc, że każę pana aresztować.
