
Hoochowi nigdy by nie przyszło do głowy, że Jackson ma taką pamięć ani że jest takim draniem, co wykupuje weksle innych ludzi. Zwłaszcza weksle sprzed siedmiu lat, o których on sam już prawie zapomniał. Ale rzeczywiście, Jackson wyjął z kieszeni płaszcza nakaz i położył na biurku Harrisona.
— Wdzięczny jestem, że zatrzymał pan już tego człowieka, zanim przybyłem — mówił dalej Jackson. — Z zadowoleniem muszę pana poinformować, że według prawa Appalachee, oficer dokonujący aresztowania ma prawo do dziesięciu procent odzyskanych funduszy.
Harrison rozparł się w fotelu i wyszczerzył zęby.
— Może usiądziesz, Hooch, i przedstawisz się. A może nie trzeba, skoro ten oto pan Jackson zna cię chyba o wiele lepiej niż ja.
— Znam Ulyssesa Brocka, to prawda. Należy do takich śmierdzieli, jakich musieliśmy usunąć, zanim mogliśmy nazywać Tennizy krajem cywilizowanym. Spodziewam się, że i wy pozbędziecie się ich szybko… jeśli chcecie włączyć Wobbish do Stanów Zjednoczonych.
— Zbyt wiele pan zakłada — wtrącił Harrison. — Możemy próbować działać niezależnie.
— Skoro Appalachee nie zdołało zaistnieć samodzielnie, choć prezydentem był tam Tom Jefferson, moim zdaniem wam też nie pójdzie lepiej.
— To możliwe — przyznał Harrison. — A może powinniśmy uczynić coś, na co Tomowi Jeffersonowi zabrakło odwagi. I może potrzebni są nam tacy ludzie jak Hooch.
— Potrzebni są wam żołnierze — odparł Jackson. — Nie handlarze whisky.
Harrison pokręcił głową.
— Zmusza mnie pan, żeby przejść do sedna, panie Jackson. Rozumiem, dlaczego ludzie z Tennizy właśnie pana wysłali na spotkanie ze mną. Przejdźmy więc do sedna. Mamy tutaj takie same kłopoty jak wy, a kłopoty te można określić jednym słowem: Czerwoni.
