
— Ta-Kumsaw — zwrócił się do niego Harrison. — Jak widzisz, nalałem ci szklaneczkę. Usiądź, wypij i możemy porozmawiać.
Lolla-Wossiky zesztywniał. Czy to możliwe, że trunek nie był jednak przeznaczony dla niego? Za to Ta-Kumsaw nie drgnął nawet — jakby nie usłyszał ani słowa.
— Widzi pan? — zapytał Jacksona Harrison. — Ta-Kumsaw nie jest dostatecznie ucywilizowany, żeby usiąść i wypić tradycyjnego drinka z przyjaciółmi. Za to jego młodszy brat jest cywilizowany. Prawda, Lolly? Przykro mi, ale nie mam dla ciebie krzesła, przyjacielu. Ale możesz usiąść na podłodze pod moim biurkiem, dokładnie u moich stóp, i wypić ten rum.
— Jest pan niezwykle łaskawy — rzekł Lolla-Wossiky tym swoim czystym, wyraźnym głosem.
Ku zdumieniu Hoocha, Czerwony nie rzucił się do alkoholu. Podszedł bardzo ostrożnie, każdy jego krok był studium precyzji. Ujął szklaneczkę w lekko tylko drżące dłonie, potem uklęknął przed biurkiem Harrisona i balansując naczyniem opadł do pozycji siedzącej. Skrzyżował nogi.
Nadal jednak siedział przed, nie pod biurkiem. Harrison zwrócił mu na to uwagę.
— Chciałbym, żebyś usiadł pod biurkiem — powiedział. — Uznam to za wielką uprzejmość z twojej strony.
Lolla-Wossiky pochylił się więc niemal do kolan i na samych pośladkach wsunął pod blat. Niełatwo mu było pić w tej pozycji, bo nie mógł nawet wyprostować głowy, a co dopiero odchylić jej do tyłu. Dokonał tego, kołysząc się z boku na bok.
Przez cały ten czas Ta-Kumsaw nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie okazał nawet, że widzi, jak poniżają jego brata. Boże święty, pomyślał Hooch. Jakiś ogień płonie teraz w sercu tego chłopaka. Harrison poważnie ryzykuje. Poza tym jeśli Ta-Kumsaw jest bratem Lolli-Wossiky, musi wiedzieć, że Harrison zabił ich ojca — w latach dziewięćdziesiątych, kiedy generał Wayne walczył z Francuzami. Człowiek nie zapomina takich rzeczy. Zwłaszcza Czerwony. A teraz Harrison sprawdza jego odporność, i to do samej granicy wytrzymałości.
