
— Teraz, kiedy wszyscy już zajęliśmy miejsca — powiedział Harrison — może usiądziesz, Ta-Kumsaw, i wyjaśnisz, co cię do nas sprowadza.
Ta-Kumsaw nie usiadł. Nie zamknął drzwi. Nie wszedł nawet za próg pokoju.
— Ja mówić od Shaw-Nee, Caska-Skeeaw, Pee-Orawa, Winny-Baygo.
— Spokojnie, Ta-Kumsaw. Wiesz, że nie przemawiasz nawet w imieniu wszystkich Shaw-Nee, a już z pewnością nie w imieniu pozostałych.
— Wszystkich plemion, które podpisać traktat generała Wayne'a — mówił dalej Ta-Kumsaw, jakby Harrison wcale się nie odzywał. — Traktat mówi, że Biali nie sprzedawać whisky Czerwonym.
— Zgadza się — przyznał Harrison. — I dotrzymujemy tego traktatu.
Ta-Kumsaw nie spojrzał na Hoocha, ale wyciągnął rękę w jego stronę. Hooch miał wrażenie, że naprawdę dotknął go palcem. Tym razem nie zezłościł się, lecz był zwyczajnie przerażony. Podobno niektórzy Czerwoni znają przywołania tak silne, że żaden heks człowieka nie ochroni. Zwabią go samego do lasu, a potem nożami potną na kawałki, żeby sobie posłuchać, jak wrzeszczy. O tym właśnie pomyślał, kiedy poczuł, że Ta-Kumsaw wskazuje na niego z nienawiścią.
— Dlaczego wskazujesz na mojego starego przyjaciela, Hoocha Palmera? — zapytał Harrison.
— Widzę, że dzisiaj jakoś nikt mnie nie lubi — roześmiał się Hooch. Lecz śmiech nie rozproszył lęku.
— On przywieźć łódź pełną whisky — oświadczył Ta-Kumsaw.
— Przywiózł wiele rzeczy — stwierdził Harrison. — Jeżeli również whisky, zostanie dostarczona do markietana w forcie. Możesz być pewien, że Czerwonym nie sprzedamy ani kropli. Dotrzymujemy traktatu, chociaż wam nie idzie to ostatnio najlepiej. Doszło do tego, przyjacielu, że łodzie nie mogą już samotnie pływać po Hio. Uważam, że jeśli to się nie zmieni, armia zostanie zmuszona do podjęcia jakiejś akcji.
