
Ale zasadniczym powodem, dla którego nie wzniecał pożarów, nie był strach, lecz zwykłe wyczucie interesu. Harrison chciał pokazać, że nie podoba mu się, jak Hooch opóźnia dostawy, żeby podnieść cenę. Harrison dawał do zrozumienia, że ma tu prawdziwą władzę, a Hooch tylko pieniądze. Dobrze, niech Harrison bawi się w mocnego człowieka. Hooch też wiedział o kilku sprawach. Wiedział, że pewnego dnia region Wobbish zwróci się do Kongresu Stanów Zjednoczonych w Filadelfii z petycją, by uczynić ich stanem. A wtedy niejaki William Henry Harrison zamarzy w swoim małym serduszku, żeby zostać gubernatorem. Hooch widział już niejedne wybory w Suskwahenny, Pensylwanii i Appalachee. Wiedział, że nie zdobędzie się głosów, nie rozdając wkoło srebrnych dolarów. I kiedy nadejdzie czas, może przekazać te srebrne dolary wyborcom Harrisona, a może ich nie przekazać. Po prostu nie. Może komuś innemu pomóc zasiąść w gubernatorskiej posiadłości. I pewnego dnia, kiedy Carthage stanie się prawdziwym miastem, a Wobbish prawdziwym stanem, Harrison będzie siedział tu przez resztę swojego życia i wspominał, jak to było, gdy mógł zamykać ludzi. Będzie zgrzytał zębami ze złości na myśl o tym, że tacy ludzie jak Hooch odebrali mu to wszystko.
Takim rozrywkom oddawał się Hooch, siedząc w areszcie przez dwa długie dni i dwie noce.
Potem wyciągnęli go i zawlekli do sądu — nie ogolonego, rozczochranego, w pogniecionym ubraniu. Generał Harrison był sędzią, wszyscy ławnicy w mundurach, a jako obrońca wystąpił… Andrew Jackson! To jasne: gubernator Bill próbował rozzłościć Hoocha. Chciał, żeby zaczął wrzeszczeć. Ale przecież Hooch nie urodził się wczoraj. Wiedział, że cokolwiek zaplanował Harrison, krzyki do niczego nie doprowadzą. Trzeba siedzieć spokojnie i wytrzymać to wszystko.
