
Ale Harrison znowu mówił coś do Withersa. Przyglądał się Hoochowi.
— Natomiast wy razem z szeregowym Dickeyem bądźcie łaskawi aresztować tego oto pana Palmera i zamknąć go w celi.
— Mnie aresztować! — krzyknął Hooch. — Co ty wygadujesz!
— Ma przy sobie broń, więc przeszukajcie go dokładnie — polecił Harrison. — Radzę rozebrać go przed odprowadzeniem do celi i zostawić rozebranego. Żeby się nie wyśliznął.
— Za co mnie zamykacie!?
— Jak to? Mamy nakaz aresztowania za nie spłacone długi — oświadczył Harrison. — Zostałeś też oskarżony o sprzedaż whisky Czerwonym. Naturalnie, musimy zająć wszystkie twoje ruchomości, zwłaszcza te podejrzane beczułki, które moi chłopcy przez cały dzień nosili do fortu. Jeżeli sprzedamy je za odpowiednią cenę, a uda się oczyścić cię z tych nieprzyjemnych zarzutów handlu alkoholem z Czerwonymi… no cóż, wtedy cię wypuścimy.
Po czym Harrison wyszedł z gabinetu. Hooch przeklinał, pluł i wygłaszał uwagi na temat żony i matki Harrisona. Jednak szeregowy Dickey mocno trzymał się muszkietu, a muszkiet miał bagnet umocowany do roboczego końca; dlatego Hooch poddał się rewizji i rozbieraniu. Było jeszcze gorzej, kiedy Withers poprowadził go przez fort, całkiem gołego, i nie dając nawet koca, zamknął w magazynie. W magazynie pełnym pustych beczułek z poprzedniego transportu whisky.
Dwa dni czekał tam na proces. Po raz pierwszy w życiu żądza mordu wypełniła mu serce. Miał wiele pomysłów, jak się zemścić — to pewne. Myślał o podpaleniu koronkowych firanek w domu Harrisona albo spaleniu szopy, gdzie trzymali whisky, o wywołaniu najróżniejszych pożarów. Bo co człowiekowi z bycia iskrą, jeśli nie może wyrównać rachunków z takimi, co udają przyjaciół, a potem zamykają w więzieniu?
Jednak niczego nie podpalił. Nie był durniem. Po pierwsze, wiedział, że gdyby gdziekolwiek w forcie wybuchł pożar, w ciągu pół godziny mógłby ogarnąć wszystko, od końca do końca. A kiedy ludzie będą biegać i ratować swoje żony, dzieci, proch i whisky, mogą zapomnieć o pewnym handlarzu zamkniętym w magazynie. Hooch nie miał ochoty ginąć w ogniu przez siebie wywołanym — to żadna zemsta. Przyjdzie czas na pożary, jeśli pewnego dnia założą mu pętlę na szyję… Na razie nie zamierzał narażać się na spalenie z powodu takiej drobnostki.
