
I tylko Tiili wiedziała, co się stało.
Szła dróżką pomiędzy zabudowaniami. W pewnym miejscu wysokie wzniesienie zamykało widok.
Tam właśnie czekał na nią budzący grozę starzec.
Tiili stanęła jak wryta, chciała zawrócić i uciekać, ale Tan-ghil coś jej zrobił. Wykonał ledwo dostrzegalny ruch ręką, wymamrotał coś pod nosem, w jego żółtych, przenikliwych ślepiach pojawił się złowieszczy błysk…
Dziewczyna nie była w stanie ruszyć ręką ani nogą.
Straszny człowiek podszedł bliżej. Tuli zbladła z przerażenia, ale jak urzeczona wpatrywała się w paskudną gębę. Na głowie starego pozostało jedynie kilka skołtunionych kępek włosów, a skóra była gliniastoszara. Usta najbardziej ze wszystkiego przypominały dziób nowo wyklutego pisklęcia orła. Oczy miał ponure, ukryte w fałdach pomarszczonej skóry.
– Do tego celu zostałaś stworzona – rzekł odpychającym głosem, skrzekliwym, a ślina spływała mu na brodę. – Pójdziesz ze mną!
Tuli chciała protestować, wołać o ratunek, ale on musiał rzucić czary także na jej język, bo nie zdołała się odezwać.
– Chodź ze mną – wychrypiał obrzydliwy głos tonem wskazującym, że żaden protest nie wchodzi w rachubę.
I tak też było. Tiili musiała iść przodem, przed tą karłowatą figurą, została całkowicie pozbawiona woli. W duszy błagała o pomoc Didę i Targenora, lecz oni nie słyszeli jej niemych próśb.
Tan-ghil popędzał, najwyraźniej bał się, by nikt ich nie zobaczył. Szli ścieżką, którą prowadzano zwierzęta na pastwisko, Tuli znała ją bardzo dobrze, ścieżka wiodła w góry.
Od czasu do czasu poszturchiwał ją, by pokazać, którędy ma iść, albo żeby przyspieszyła kroku. Dotyk jego rąk budził w Tiili obrzydzenie. Za każdym razem wstrząsała się gwałtownie i na nowo próbowała wzywać pomocy, ale bez skutku. Tan-ghil był wściekły, że dziewczyna jest taka „ospała”, i mamrotał pod nosem słowa, których nie rozumiała. Raz jednak coś do niej mimo wszystko dotarło. „Ja posiałem… teraz będę zbierał”.
