
Kiedy wreszcie uda mu się nakłonić ją do przyjęcia jego propozycji, będzie musiał zachować dystans. Nie będzie to łatwe, gdyż czeka ich oboje bliska współpraca, ale nie można inaczej. Znał siebie zbyt dobrze. Nie wolno mu zbliżyć się do niej za bardzo, pozwolić na powstanie zażyłych stosunków między nimi. Gdyby zaczął przejmować się losem Kate Denby, RU 2 zostałoby zagrożone, a do tego nie wolno dopuścić. Najważniejsze, aby mieć z niej pożytek i nie zaprzątać sobie głowy konsekwencjami.
A konsekwencje zaczynały się już gromadzić na horyzoncie niczym groźne chmury burzowe. O Ogdenie można wprawdzie chwilowo zapomnieć, ale rzeczywiście tylko na krótką chwilę, gdyż jest on niczym horda Indian otaczających wozy osadników. Prędzej czy później atak musi nastąpić.
Jemu zaś, Noahowi, nie pozostało nic innego, jak usiąść na tyłku i czekać biernie na rozwój wypadków. Czekać zamiast przystąpić do ataku. Robić unik zamiast ruszyć do boju i wziąć się z przeciwnikiem za bary.
Wstał, podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec fabryczny, niemal opustoszały w to sobotnie popołudnie. Jedynie niezbędna część załogi pracowała we wschodnim skrzydle budynku, gdzie odbywała się większa część produkcji. Firma J. & S. Pharmaceuticals była nieduża, ale prosperowała znakomicie. Założył ją jeszcze dziadek Noaha, a rozwinął potem jego ojciec. Przez hale fabryczne przewinęło się mnóstwo robotników, podczas gdy on dorastał. Jako dziecko brał swój lunch i jadł na tym dziedzińcu razem z Paulym McGregorem, który kierował obecnie produkcją. W tym zmiennym świecie liczyła się teraz głównie owa fabryka.
Jego fabryka. Jego ludzie.
Ale RU 2 mogło zmienić również ten stan rzeczy. Mogło przekształcić wszystko, co miało dla niego znaczenie.
Po co głowić się nad tym ponownie? – żachnął się w duchu. Ostateczna decyzja zapadła już przed dwoma laty; wtedy gdy zdał sobie sprawę z możliwości tkwiących w RU 2.
Teraz było za późno na odwrót.
RU 2 musi przetrwać.
