
Niedziela, 25 marca
Ameryka Południowa
Seth znał dobrze ten zapach. Zapach, który trudno zapomnieć. Przeklęty Namirez.
Szybkim krokiem szedł przez mokry od deszczu las w stronę wioski. Nie musiał już zachowywać się cicho. Nie teraz, kiedy ów zapach stawał się coraz bardziej intensywny.
W wiosce panowała martwa cisza.
Wszędzie leżały ciała. Ciała mężczyzn, kobiet, nawet dzieci i niemowląt.
Śmierć. Błoto. Odór rozkładających się zwłok.
Chryste, nawet małe dzieci.
Namirez, ty kłamliwy sukinsynu.
Z pobliskiej chaty wyłonił się żółtawobrązowy kundel, merdając ogonem. Podszedł bliżej, obwąchał wojskowe buty Setha.
Dziwne, pomyślał Seth, że Namirez nie zaszlachtował również zwierząt.
Sukinsyn.
Venga, Kolumbia
Znalazł pan sobie pieska, senor? – Manuel pokręcił głową, kiedy Seth zjawił się w hotelu dzień później. – Okropnie kościsty. Mogę postarać się o ładniejszego.
– Podoba mi się ten. – Seth podał Manuelowi koniec sznura, na którym trzymał kundla. – Daj mu coś jeść, dobrze? Namirez jest w mieście?
Manuel przytaknął.
– W pokoju na zapleczu. Przyjechał też sierżant Rimilon. Jest u siebie. – Wręczył Sethowi złożoną kartkę papieru. – Wiadomość dla pana. Mister Lynski życzy sobie, aby zatelefonował pan do niego jak najszybciej.
– Później. – Seth wetknął kartkę do kieszeni koszuli. – Zadzwoń na policję i powiedz sierżantowi Rimilonowi, że chcę spotkać się z nim w holu. Niech przygotują dla mnie helikopter.
– Wybiera się pan gdzieś?
– Tak. – Seth obszedł biurko i otworzył drzwi na zaplecze.
Namirez siedział przy stoliku. Podniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Ach, Drakin! Wszystko układa się dla nas dobrze. Dotrzymał pan słowa.
– Ale ty nie. – Jednym ruchem Seth wyciągnął pistolet z kabury. – Powiedziałem wyraźnie: żadnych kroków odwetowych.
