
Zrozpaczona uświadomiła sobie nagle, że ojciec przygotował się niezwykle rzetelnie do tej rozmowy.
– Nie zostawię cię tak – szepnęła.
– To by wcale nie znaczyło, że mnie zostawiasz. – Umilkł na moment. – Zanim przyszłaś, leżałem i wspominałem czasy, gdy byłaś małą dziewczynką i spacerowaliśmy po lesie Jenkinsa. Smuciłaś się, kiedy nadchodziła jesień, a z drzew opadały liście. Pamiętasz, co ci wtedy mówiłem?
– Nie.
Pokręcił z wyrzutem głową.
– Kate!
– Mówiłeś, że każdy liść to ogniwo, które tak naprawdę nigdy nie może się przerwać ani zniknąć – zaczęła z wahaniem. – Nawet gdy opadnie, łączy się w ten sposób ponownie z ziemią i cały łańcuch zaczyna funkcjonować od nowa, jeszcze sprawniej niż przedtem.
– Brzmi to trochę górnolotnie, ale tak już jest.
– Bzdura.
Na jego twarzy zajaśniał uśmiech i przez chwilę ojciec był znowu tamtym, znacznie młodszym i silniejszym mężczyzną, spacerującym z nią po lesie Jenkinsa.
– Wtedy wierzyłaś w moje słowa.
– Łatwiej akceptować to, co zsyła los, kiedy ma się siedem lat. Od tamtego czasu zmieniłam się. Wydoroślałam.
– Tak, to prawda. – Wyciągnął rękę, palcem wskazującym musnął delikatnie jej wilgotny od łez policzek. – Dwadzieścia sześć lat, a już taka dzielna.
Wcale nie czuła się dzielna ani twarda. Wręcz przeciwnie; miała wrażenie, że rozpada się cała od wewnątrz.
– Możesz być tego pewny – odparła drżącym głosem. – Wtedy, przed laty, chciałam wziąć drabinę i przybić te liście z powrotem do gałęzi albo zrobić coś, żeby przestały opadać z drzewa.
Jego uśmiech zgasł.
– Może w przyszłości będzie to możliwe, Kate, ale nie teraz. Nie próbuj przybijać mnie do jakichkolwiek gałęzi. Wcale nie chcę zostać ukrzyżowany.
Przeszył ją ostry ból.
