
Zrobiło jej się słabo na samo wspomnienie płonącego auta.
– Nie wiem, co można by tam jeszcze przebadać.
– Byłabyś zdumiona, jak wiele. Michael przychodził na te mecze co wtorek?
– Tak. I w każdą sobotę.
– Aha. A więc miał jakby stały rozkład zajęć? Obserwując go, można było stwierdzić, że będzie tu o określonej porze?
Chyba tak. – Pokręciła głową, nadal nie mogąc zebrać myśli. – Ale to po prostu niemożliwe. Podczas meczu drużyny juniorów? To nie powinno się było tu wydarzyć. A w jaki sposób umieszczono tę bombę? Przecież cały czas kręcili się tutaj ludzie.
– Cały czas oprócz ostatniej rundy meczu. Nie wyobrażam sobie, aby w takiej chwili jacyś rodzice nie obserwowali swoich dzieci w akcji. To oznacza, że parking opustoszał na parę minut, a fachowiec nie potrzebuje dużo czasu, aby zainstalować bombę.
– Ale obok stały inne samochody… bawiły się małe dzieci. Na miłość boską, mało brakowało, a Joshua wsiadłby do tego auta. – Jej głos zadrżał, musiała przerwać, aby opanować się i zdławić grozę, która owładnęła nią na samą myśl o takim koszmarze. – To cud, że nikt inny nie ucierpiał wskutek wybuchu. Ten, kto to zrobił, musi być potworem!
– W pełni się z tobą zgadzam. – Odwrócił wzrok w inną stronę i powiedział z wyraźnym zażenowaniem: – Ze słów świadków wynika, że w samochodzie siedziała jeszcze jakaś kobieta.
– Benny. Benita Chavez. Pracowała w Genetechu.
– Miała tu rodzinę?
Prawda, trzeba jeszcze powiadomić rodzinę Benny. Biedna Benny! Kate poczuła wyrzuty sumienia: śmierć przyjaciółki nie wstrząsnęła nią tak bardzo, jak śmierć Michaela. Benny była jeszcze młoda i pełna życia. Zasłużyła na to, aby ją opłakiwać.
– Rodzina panny Chavez – nalegał Alan.
Wytężyła pamięć.
– Nie, mieszkała tu sama, ale wspomniała mi kiedyś, że ma matkę w Tucson. Niestety, nie znam adresu.
– Znajdziemy go na pewno w aktach Genetechu. – Wstał. – Chodźmy już. Odwiozę cię do domu.
