
Breton odciął się od tej myśli, z przerażeniem uświadamiając sobie, że zaraz zacznie się podróż.
Ale było już za późno.
Przyćmione pomarańczowe lampy i wykończony białą zaprawą murarską kominek nie zmniejszając się wcale zaczęły oddalać się na planetarne, gwiezdne, galaktyczne i odległości. Chciał coś powiedzieć, ale przezroczysta warstwa języka przesuwała się tylko po powierzchni rzeczywistości odbierając rzeczownikom Ich znaczenie i całkowicie uniemożliwiając użycie orzeczenia. Perspektywy pokoju zostały podporządkowane dziwnej geometrii, przerzucając go boleśnie z jednego bieguna na drugi. Zwróciła się ku niemu jakaś twarz z grupy siedzących — blady, bez charakteru, pozbawiony formy kształt — mężczyzna, kobieta, przyjaciel czy może wróg? Ociężale, bezwolnie przekraczamy granicę…
Breton tak silnie trzasnął maską Buicka, że wielki samochód drgnął jak spłoszone zwierzę, przysiadając na swoim lśniącym zadzie. W jego ciemnym wnętrzu czekała Kate, nieruchoma niby Madonna, a ponieważ nie okazywała złości, Bretona ogarnęła dosłownie furia.
— Wysiadł akumulator. To przesądza sprawę, nie możemy jechać.
— Nie bądź głupi, Jack — Kate wysiadła z samochodu. — Przecież Maguire’owie na nas liczą, możemy zadzwonić po taksówkę. — Jej suknia koktajlowa była zupełnie nieodpowiednia na zimne wiatry późnego października i Kate otulała się nią z jakąś rozpaczliwą godnością.
