
— Nie bądź taka cholernie praktyczna, Kate. Już i tak jesteśmy godzinę spóźnieni, a ja nie mam zamiaru iść na przyjęcie z takimi rękami. Wracamy do domu.
— Jesteś dziecinny.
— Dziękuję ci bardzo. — Breton zamknął samochód, niedbale wycierając umazane smarem ręce o błękitną karoserię.
— Ja idę do Maguire’ów — oświadczyła Kate. — A ty możesz sobie wracać do domu i dąsać się, jeśli masz ochotę.
— Nie bądź głupia, przecież nie pójdziesz taki kawał drogi sama.
— Owszem, mogę iść sama i mogę sama wrócić, robiłam to latami, zanim ciebie poznałam.
— Wiem, kochanie, że zachowywałaś się dość swobodnie, ale po prostu byłem zbyt taktowny, żeby o tym wspominać.
— Dziękuję ci bardzo. Przynajmniej oszczędzisz sobie przykrości pokazywania się w moim towarzystwie dziś wieczorem.
Słysząc w jej głosie nutę bezradności Breton odczuł złośliwą radość.
— Ciekawe, jak zamierzasz się tam dostać? Masz jakieś pieniądze?
Zawahała się, po czym wyciągnęła rękę.
— Daj mi na taksówkę, Jack.
— Wykluczone, jestem dziecinny, już zapomniałaś? — Przez chwilę rozkoszował się jej bezradnością, odgrywając się za własne okrucieństwo, a potem wszystko mu się jakoś zaczęło rozłazić w rękach. Sytuacja jest niedobra — pomyślał — nawet dla mnie. Powiedzmy, że przyjdę na przyjęcie z twarzą i rękami wysmarowanymi na czarno: to drobiazg, każdy normalny człowiek pomyśli, że odwalam numer w stylu Ala Jolsona; znacznie gorsze jest to, iż wystarczy, żeby mnie poprosiła jeszcze raz, a złamię się i pójdę z nią do Maguire’ów.
Zamiast go jednak prosić, Kate rzuciła tylko krótkie, ostre słowo, raniąc go boleśnie, i oddaliła się ulicą wzdłuż rzęsiście oświetlonych wystaw sklepowych. Otulona w srebrzysty szal, w zwiewnej sukni, z długimi nogami, które dzięki sandałom na szpilkach wydawały się jeszcze smuklejsze — wyglądała jak klasyczna filmowa dziwka gangstera.
