
Mniej więcej w dwie godziny później przed jego domem zatrzymał się wóz policyjny.
Breton, który stał właśnie w oknie, z ciężkim sercem pobiegł do drzwi. Za dwoma wywiadowcami o surowych twarzach majaczyło dwóch policjantów mundurowych.
Jeden z wywiadowców odsłonił znaczek służbowy.
— Pan John Breton?
Breton skinął głową, nie mogąc dobyć głosu. Przepraszam cię, Kate, pomyślał, przepraszam cię bardzo, wróć tylko, a zaraz pójdziemy na to przyjęcie. Ale jednocześnie zdał sobie sprawę, że zachodzi w nim zupełnie niewiarygodny proces, że gdzieś w najtajniejszych zakamarkach duszy doznaje uczucia ulgi. Jeśli Kate nie żyje, to nie żyje. Jeśli nie żyje, to koniec. To jestem wolny…
— Porucznik Convery. Z Wydziału Zabójstw. Chciałbym zadać panu kilka pytań.
— Proszę bardzo — odparł Breton głucho. — Może panowie wejdą. — Wprowadził ich do jadalni i z trudem opanował chęć poprawienia poduszek na kanapie odruchem zakłopotanej gospodyni.
— Pan nie wydaje się zdziwiony naszą wizytą — powiedział wolno Convery. Miał pełną, opaloną twarz i maleńki nos, który ledwie było widać między szeroko rozstawionymi, błękitnymi oczyma.
— Czym mogę panu służyć, poruczniku?
— Czy ma pan broń?
