
Ojciec ułożył podłogę w środkowej części poddasza, urządzając tam składzik, zrobił nawet ściany boczne, ale ty usunąłeś jedną z narożnych płytek, tak żeby się dostać nad łazienkę. Tego lata, John, interesowałeś się bardzo fotografią, a na poddaszu miałeś idealną wprost ciemnię. W każdy piątek wieczorem, kiedy Luiza brała kąpiel, kryłeś się w przesyconej brunatnym kurzem ciemności. Ustawiałeś się dokładnie nad łazienką i robiłeś…
— Dość tego! — John Breton postąpił krok naprzód i drżąc lekko, zmieszany, wycelował w niego palcem oskarżycielsko.
— Nie denerwuj się, John, to po prostu moje listy uwierzytelniające. Nikt poza mną na świecie nie zna tych faktów. A jedynym powodem, dla którego ja je znam, jest ten, który ci już podałem: ja jestem tobą. To ja robiłem te wszystkie rzeczy i chciałbym, żebyś mnie wysłuchał.
— I to właśnie teraz muszę cię wysłuchać, tak? — powiedział John głucho. — Cały ten wieczór to jeden wielki koszmar.
— Zaczynasz mówić rozsądniej. — Jack Breton odprężył się nieco. — Czy pozwolisz, że usiądę?
— Proszę bardzo. A czy ty pozwolisz, że sobie wezmę drinka?
— Bądź moim gościem. — Jack wypowiedział te słowa w sposób spokojny i naturalny, rozważając w myśli ich znaczenie. John był jego gościem przez dziewięć lat w sposób, w jaki nikt nigdy nie był niczyim gościem, i wszystko to właśnie się kończy. Kiedy już obaj siedzieli, wychylił się nieco z fotela, starając się mówić chłodno, spokojnie i logicznie. Wiele zależało od tego, jak sobie poradzi z wiarygodnym przedstawieniem tego, co niewiarygodne.
— Co myślisz o podróży w czasie, John? John Breton łyknął ze swojej szklaneczki.
— Uważam, że jest niemożliwa. Nikt nie był w stanie przenieść się z przeszłości w teraźniejszość, bo jeśli współczesna technika nie potrafiła zbudować maszyny czasu, to tym bardziej nikt w przeszłości nie mógł tego dokazać. Tak samo zresztą nie było wypadku, żeby ktoś z przyszłości cofnął sit w teraźniejszość, ponieważ przeszłość jest niezmienna. Takie jest moje zdanie o podróży w czasie.
